Bardzo spontanicznie i w ostatniej możliwej chwili zdecydowaliśmy się zapisać nasz lokalny ultramaraton: Wyszehradzki Ultramaraton Twierdza Przemyśl. Troszkę na wariackich papierach, ale co tam – raz się żyje.
Pobierz ślad GPX
Do tego zima zaatakowała na całego już na kilka dni przed startem. Drzewa na trasie przygięte praktycznie do ziemi. Na ścieżkach głębokie koleiny a na drogach błoto pośniegowe i lodowisko. Konkretna zimowa aura i olbrzymie wyzwanie.


Trasa biegnie przez okalające Przemyśl forty i liczy sobie troszkę ponad 55 kilometrów. Z racji, że to nasze tereny to od samego startu i na trasie w większości znajome twarze. Jednak jeśli rzucicie okiem na zapis naszego biegu powyżej od razu zauważycie, że coś tam nie gra… Biegliśmy na wariata razem z Aśką i coś nie pykło… głowa i ciało powiedziało, że jednak dziś w tych warunkach otoczenia i psychofizycznych nie pobiegamy.


Po wbiegnięciu z miasta przez park na Zniesienie, zrobieniu pętli na fort w Prałkowcach i kierowaniu się w kierunku Grochowiec i Pikulic Aśka mówi, że nie ma szans kontynuować. Ja liczę na szybko i widzę, że byłaby to loteria z naszym aktualnym tempem zmieścić się w limicie cząstkowym w Łuczycach. Trudna decyzja, ale chyba najrozsądniejsza – jesteśmy na swoim terenie, możemy w każdym momencie się ewakuować, a najważniejsza w tym wszystkim przecież jest przyjemność z tego co się robi. Dlatego na forcie Grochowce oddajemy sędziemu lotnemu numery informując, że rezygnujemy z dalszej rywalizacji.






Po drodze do domu już bez żadnej presji wstąpiliśmy jeszcze na herbatkę do rodziny w Pikulicach. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni DNF – natomiast napewno bez żadnego żalu i wyrzutów.

Ps. Nasza Ania w tym samym czasie mierzyła się z dystansem półmaratonu i jej się w przeciwieństwie do nas udało – gratulacje córeczko!

