W ramach odpoczynku na koniec sezonu po wielu ważnych startach najlepiej zrobić w pobliskiej dziczy. Duch Lasu dość dobrze wpisuje się w ten opis. Tydzień po Kaliskiej setce ruszamy z Aśką, aby troszkę wspomóc Mafię Ducha w organizacji trzecich zawodów z tegorocznego cyklu rozgrywanych na styku Pogórza Przemyskiego i Dynowskiego.




Przyjeżdżamy dzień wcześniej, aby oznakować pierwsze 20 kilometrów wspólnego odcinka tras 23, 42 i 64 kilometrów, aby w dniu zawodów przebiec zamykając i zbierając oznaczenia z najdłuższego z tych dystansów.
Pobierz ślad GPX
Duchy to prawdziwie rodzinna atmosfera a równocześnie jazda bez trzymanki, dlatego tak chętnie tu wracamy i pomagamy na tyle ile możemy. Do tego te trasy, na których nawet od czasu do czasu da się coś pobiec.


Wyruszamy z całą grupą ze startu punktualnie o 6, gdy zaczyna się świtać. Klasyczne już Brodoszurki ze swoimi torfowiskami stanowią przedsmak nawierzchni, która będzie nam towarzyszyć przez większość trasy. Następne kroki kierujemy już na najbliższe pagórki ze 100-150 metrowymi przewyższeniami zbliżając się sukcesywnie do Koziego Garbu a następnie na most na Sanie w Sielnicy. Cały czas mamy obok siebie znajomą parę zawodników, na rozmowie z którą mile uciekają nam kilometry.




Miłe towarzystwo musimy jednak pożegnać w okolicach 26 kilometra trasy, kawałek po minięciu cerkwi w Piątkowej, gdyż tu trasa naszego, najdłuższego z dystansów, oddziela się zupełnie od krótszych i możemy zacząć sprzątanie oznaczeń.

I tak biegniemy sobie od szarfy do szarfy, trochę szarpiąc rytm, co dodatkowo utrudnia całe przedsięwzięcie. A zebrane szarfy mocujemy sobie do pasa, gdzie zaczynają tworzyć coraz gęstszą i wielowarstwową spódniczkę.


Pogoda nam bardzo sprzyjała, było w miarę ciepło, i mieliśmy częściowe zachmurzenie z liczniejszymi przejaśnieniami w drugiej części dnia. Miłym akcentem jest też wpadać na miejsca z punktami odżywczymi, gdzie każdorazowo byliśmy konkretnie zaopiekowani przed wypuszczeniem na dalszą trasę, mimo, że na niektórych pojawiliśmy się kilkadziesiąt minut po ostatnich zawodnikach – jednak ściąganie szarf, odwiązywanie ich z gałęzi mocno nas spowalnia.



Ostatni punkt żywieniowy na naszej drodze to ten przy kładce na Sanie w Bachowie. W związku z tym, że już dawno zapadł zmrok, po konsultacji z bazą dostajemy informację, aby już odpuścić na ten moment sprzątanie i wracać na skróty na metę. My jednak zdecydowaliśmy, żeby ominąć dwa odcinki w lesie (zaraz za kładką w Bachowie i przed kładką w Wybrzeżu) a resztę, skoro i tak nie ma lepszej drogi do Winnego wysprzątać jak dotychczas.



Na mecie meldujemy się witani z pełną pompą jak każdy z wcześniejszych zawodników w niecałe 13 godzin po starcie z kilkoma dodatkowymi kilometrami na liczniku z powodu biegania zygzakiem za szarfami. Kolejne zawody za nami, ale przynajmniej tym razem nikt nam nie powie, że był to kawał dobrej nikomu niepotrzebnej roboty – bo jednak była potrzebna i warta tego wysiłku.

