Rozpoczynając kolekcjonowanie kamieni do zdobycia Korony Polskich Ultramaratonów czułem największy respekt przed jednym z biegów wchodzących w jej skład: Kaliską Setką. Wiedziałem, że przyjdzie się mi z nim zmierzyć i wiedziałem, że to zupełnie nie moja bajka, choć nigdy nie kwestionowałem, że miejsce tych zawodów w Koronie jest jak najbardziej uzasadnione a po ich ukończeniu twierdzę, że nie powinno go nigdy w niej zabraknąć. Ale od początku.
Kaliska Setka to płaski asfaltowy bieg na dystansie 100 kilometrów. I jakby tego było mało, to rozgrywany jest na pętli, a będąc precyzyjnym agrafce, gdzie deptakiem wzdłuż rzeki Prosny biegnie się 2,5 kilometra do przodu , obiega pachołek i wraca tą samą trasą – i tak 20 razy. Na 100km uzbiera się przy tym całe 90 metrów sumarycznego przewyższenia. Na starcie pętli znajduje się punkt odżywczy i zaraz obok jest baza zawodów oraz parking, jakby ktoś potrzebował skorzystać z zaplecza sanitarnego lub pozostawionych tam swoich rzeczy. I jeszcze toi-toi na ok. 2km pętli. A wspomniałem o pachołku na jej półmetku? Normalnie trasa na pełnym wypasie!

Wyjeżdżam dzień wcześniej przed startem, po drodze zabieram koleżankę spod Rzeszowa i na wieczór jesteśmy w Kaliszu. A dokładnie pod budynkiem związku kolarskiego, gdzie znajduje się baza zawodów i gdzie znajduje się początek pętli naszych zawodów. Organizator zapewnia nocleg na salach przy biurze zawodów, więc po odbiorze pakietów i szybkich zakupach w pobliskich delikatesach wraz z dużą częścią zawodników spotykamy się na wieczornych pogaduchach. Udaje mi się też spotkać ekipę z Chudego Wawrzyńca, z którą robiłem wspólnie kilka ostatnich kilometrów tamtego biegu.
Dość spora jeśli nie przeważająca liczba uczestników to osoby, które zazwyczaj biegają w terenie i w górach, a to co ich tu przywiodło to wymóg ukończenia tego biegu, jako element na drodze do zdobycia korony naszych biegów ultra. Sama rozmowa głównie kręci się wokół pytań o plan na nadchodzący start. Wszyscy zdają sobie sprawę, że bieganie w górach a to co nas czeka to zupełnie dwie różne rzeczy. Niektórzy z nas mający za sobą nawet dystanse grubo przekraczające 100km w terenie, nie przebiegli wcześniej żadnego miejskiego maratonu. Stąd czuć w powietrzu olbrzymi poziom niepewności. Niestety nie udaje nam się za wiele ich rozwiać.
Pobierz ślad GPX
W końcu rozchodzimy się i kładziemy spać. Start zawodów ustalony jest na 6:30 w sobotę. Limit to 12 godzin i 30 minut, czyli 19:00. Pętla jest niedługa, więc nie ma sensu nic nadmiarowego mieć ze sobą – wszystkie zapasy wrzucam do bagażnika auta zaparkowanego kilkanaście metrów od początku pętli i staję na starcie. Jest jeszcze ciemno, ale pojedyncze latarnie wystarczają i nie ma sensu brać czołówki. Ruszamy!
Początek trzymam się planu, który zakłada, w najbardziej optymistycznym wariancie, złamanie 10 godzin na 100km. Zakłada on przebiegnięcie pierwszej 1/3 dystansu (7 pętli) w tempie ok. 5:30/km, w kolejnej 1/3 powoli zbliżać się do 6:00/km i ostatnią robić poniżej 6:30/km. Tyle teorii. W praktyce plan wytrzymał próbę czasu wyłącznie na 1 pętli. Czułem się tak dobrze, że w dwu kolejnych pięciokilometrowych powtórzeniach przyspieszyłem o ok. 10 sekund na kilometrze. By od czwartego osiągnąć tempo 5:15/km. Tu włączył mi się hamulec bezpieczeństwa. W głowie alarmy wyły, żeby nie przeszarżować. więc zostałem na tym tempie przez kolejne kilometry.


Morale dodatkowo wzrosły, gdy na deptaku pojawili się zawodnicy z cotygodniowego Park Run’u. Mając w nogach ok. 30 kilometrów możliwość mijania swobodnym krokiem licznej grupy startujących w nim zawodników dodaje wiatru w skrzydła. Nawet zupełnie niespodziewanie dostaję słowa dopingu od kogoś, kto rozpoznaje mnie z Przemyśla, skąd pochodzi – niestety nie udaje mi się wyłowić tej osoby z tłumu.
W sumie wystartowało nas 68 osób. Każdy na trochę innym poziomie i z innym doświadczeniem. Przy takiej ilości zawodników na tej stosunkowo krótkiej pętli zdążyliśmy się po kilku kółkach poznać choćby tylko z widzenia. Byli wśród nich tacy, którzy ewidentnie znali się na rzeczy: realizowali swoje założenia z morderczą precyzją godną maszyny – 20 pętli w równym tempie, bez zadyszki, zwątpienia czy zachwiania.
Kończąc 7 pętlę postanawiam zacząć delikatnie zwalniać, aby przynajmniej zachować pozory tego planu, który zmienił się dość mocno w stosunku do oryginału. Zbliżając się do nawrotki na 9 pętli mijam równocześnie wirtualną metę dystansu maratońskiego – sprawdzam stoper a tam widzę nową życiówkę na tym dystansie. Emocje jakie się wtedy pojawiły były niesamowite. Był to istny rollercoaster uczuć. Olbrzymia radość i satysfakcja, że wpadła nowa życiówka. I zaraz potem otrzeźwienie i lodowaty dreszcz strachu: co ja zrobiłem, to nie powinno się zdarzyć, i że prędzej czy później za to zapłacę.


W głowie miałem teraz tylko jedno: zwolnić, i to do oryginalnego planu, czyli na tym etapie trzymać się w miarę blisko tempa 6:00/km i wytrzymać tak do 14 pętli. A potem na ostatnich 30km będzie co będzie – plan minimum to ukończyć ten bieg, a zapas nadprogramowego czasu wypracowany w pierwszej jego połowie pozwala żywić pewność, że ukończenie nie będzie problemem. Bardziej chodzi już tylko o styl i ostateczny czas. Mimo, że plan najbardziej optymistyczny na papierze wygląda jeszcze pewniej niż na starcie, to ja pod skórą czuję, że przez moją własną arogancję i głupotę straciłem szansę na jego realizację.
I czy był to wynik olbrzymiego spadku morale i samospełniająca się przepowiednia, czy faktycznie przeszarżowałem, to około 60 kilometra zaliczyłem ogromny kryzys. Mięśnie stężały i każdy krok był olbrzymim wysiłkiem. Potrzebowałem coś zrobić, aby wrócić na właściwe tory. Miałem przygotowane w aucie buty na zmianę. Chwila przerwy na ich zmianę dobrze mi zrobiła. Były trochę luźniejsze, bardziej miękkie – noga układała się przez to inaczej i zadziałało to trochę jak rozciąganie na napięte mięśnie.
Niestety od tego momentu zaczął się już bardziej marszobieg niż normalne bieganie. Szarpanie wybiło mnie z rytmu i już do końca trwała walka z samym sobą. Podstawowym zajęciem było odliczanie pętli do końca i śledzenie jak liczba zawodników na trasie z każdą minutą maleje. Na ostatnich 2-3 pętlach udało mi się zrównać z innym zawodnikiem i rozmawiając jakoś dotruchtaliśmy do mety.


Zawody kończę z czasem 11 godzin i 34 minuty w połowie stawki. Troszkę gorzej niż bym chciał, ale także ze sporym zapasem do limitu. I jeszcze większym bagażem doświadczenia. Oraz ze zmienionym nastawieniem: bieg, który miał być do zrobienia raz i zapomnieć, przerodził się w coś co z pewnością będę chciał kiedyś powtórzyć i na pewno będę polecał innym. Bo bieganie ultra to nie tylko góry. A jeśli nie zakochacie się po tym biegu w asfalcie, to przynajmniej do końca życia będziecie pamiętać, dlaczego go tak nie lubicie!

