Nadeszła chwila zakończenia projektu pt.: Korona Maratonów Polskich. Piąty „klejnot” w koronie to dla nas ten z Poznania. Gdyby mnie kiedyś ktoś zapytał czy wybrałbym się na zawody biegowe do Poznania to odpowiedź byłaby negatywna. Po co jechać taki kawał drogi, aby pobiegać po asfalcie w całkiem sporym mieście – gdy można to teoretycznie zrobić bliżej? Dzięki Koronie Maratonów Polskich udało się znaleźć taką motywację i poznać miejsce, które na mojej liście miejsc do odwiedzenia znajdowało się na tych dalszych pozycjach.
Dla mnie osobiście sam start był ostatnim sprawdzianem przed Kaliską Setką, od której dzielił mnie już tylko niecały tydzień. Warunki pogodowe, sprzęt, tempo startowe, ogólne przygotowanie – nigdy nie będzie się tych rzeczy na 100% pewnym, ale potwierdzenie, że jest ok na krótszym dystansie zawsze daje nadzieję, że jednak będzie dobrze również na docelowym starcie, a i może dać wskazówkę co do jakichś ostatnich korekt w założeniach.



Na miejsce przyjechaliśmy z Aśką dzień wcześniej w sobotę, aby odsapnąć po podróży, odebrać pakiet i troszkę pozwiedzać miasto. Z tym zwiedzaniem nie udało nam się dobrze trafić, bo rynek w Poznaniu był w generalnym remoncie i starówkę oglądaliśmy wyłącznie zza krat rusztowań i ogrodzeń. Więc koniec końców ciężko nazwać to, że odhaczyliśmy ten punkt.
Pobierz ślad GPX
W niedzielny poranek ruszyliśmy na start. Pogoda był łaskawa jak na tę porę roku. pochmurno, nie za zimno. ale z szansą na jakiś opad. Z racji tego, że plan zakładał bieg w spokojnym tempie poniżej moich możliwości, więc od startu biegłem w kurtce – lekkiej, wodoodpornej, oddychającej – ale kurtce. Ci co mnie znają wiedzą, że to się nie zdarza. Ale to był też element, który chciałem sprawdzić podczas tego biegu.


Punktualnie o 9:00 bieg się rozpoczął, a moja grupa minęła linię startu jakieś 5 minut później. Ruszyłem wraz z grupą celującą w 4 godziny i 15 minut, tak aby łatwo wejść w rytm i delikatnie przyspieszyć do swojego tempa docelowego czyli ok. 5:45-6:00 min/km. Sukcesywnie z pierwszego szeregu w grupie wysuwałem się do przodu i powolutku zbliżałem i „łykałem” zawodników biegnących na złamanie 4 godzin.
Dołączył do mnie debiutant na dystansie maratonu (jak wyszło z rozmowy to nie przebiegł jeszcze nigdy dystansu powyżej 30km) i razem pokonywaliśmy kolejne kilometry. Okolica trasy biegu szybko zrobiła się „mało atrakcyjna”. Przebiegaliśmy przez blokowiska i industrialno-magazynową część miasta. Rozmowa więc była miłym akcentem w tym wszystkim.


Niestety rozmowa była tak dobrym odwracaczem uwagi, że co chwilę łapałem się, że tempo sukcesywnie dryfowało nam bliżej 5 minut na kilometr – a nie tak miało być. Kolega nie widział w tym nic złego, ale ja wiedziałem, że za taką szarżę jako nowicjusz zapłaci frycowe w drugiej części biegu. Dlatego konsekwentnie korygowałem nas jak tylko zauważyłem problem. Średnia prędkość jednak rosła mimo tego z każdym kilometrem – choć w niewielkim stopniu, bo po jakieś 5 sekund na każde kolejne 5 kilometrów. Kolega coraz częściej sugerował, że może uda się mu złamać 4 godziny.
Jednak klasycznie zaraz po 30 kilometrze zaczął „odpadać”. Najpierw skurcze i chwilowe przejścia do marszu. Potem coraz większe problemy z ciągłym biegiem, nawet na trochę wolniejszym tempie. Chwilę próbowałem go pociągnąć i motywować do walki, ale sama chęć to było w tym momencie za mało. Dlatego w tym momencie rozdzieliliśmy się, aby kontynuować bieg już każdy według swoich własnych możliwości i samopoczucia.



Ja mając już i tak tempo z ostatnich kilometrów w okolicy 5:30 min/km nie zamierzałem już zwolnić i wracać do pierwotnych założeń. A skoro się bawić, to na całego: została dycha, więc postanawiam się powoli rozpędzić na tych ostatnich kilometrach. Kontynuuję więc przyspieszanie.
Na tej końcówce zaczyna też padać i to coraz mocniej. Jest to cudowne schłodzenie, które jest zbawienne przy zwiększaniu prędkości. Równocześnie morale szybuje w kosmos, bo nie tylko czuję zapas mocy, ale także mam przed sobą zawodników walczących o każdy metr, wielu przechodzących do marszu, i pokonujących własne słabości a ja ich mijam z olbrzymią lekkością. Próbuje podnieść ich na duchu gdy tylko nadarza się okazja. Zachęcić do dołączenia, dania z siebie jeszcze trochę więcej.



Na 3km przed metą zegarek pokazuje, że mam szansę złamać 4 godziny. Myślę, a co mi tam – trzeba spróbować, uda się czy nie, przynajmniej zobaczmy co jeszcze mam w zapasie. I udało się. Wbiegam na metę po 3 godzinach, 59 minutach i 30 sekundach.
Teraz tylko poczekać na Aśkę, która dobiega na metę kilkadziesiąt minut później i o tyleż dłużej walcząc w deszczu. I mamy to! Koniec! Dwie Korony Maratonów Polskich na głowach państwa Radyk! I zasłużona przerwa od tłuczenia asfaltu (przynajmniej dla niej, bo przede mną jeszcze finałowy start za tydzień)! Jakby nie to, że projekt jest powoli wygaszany, to zachęcałbym do podjęcia się jego realizacji.


Kilka statystyk dotyczących Korony.
- Odznaki przyznawane od 2013 roku;
- Ostatnie odznaki przyznane w 2024 roku
- Liczba przyznanych odznak: 4627;
- Limit czasu na zdobycie Korony to 24 miesiące od pierwszego startu
Ukończone przez nas biegi Korony:
- Cracovia Maraton – 2022-04-24
- Maraton Warszawski – 2022-09-25
- Maraton Dębno – 2023-04-16
- Cracovia Maraton (w zastępstwie maratonu we Wrocławiu) – 2023-04-23
- Poznań Maraton – 2023-10-22

