Normalnie krótkie biegi omijam szerokim łukiem. Te asfaltowe również. Jest jednak kilka wyjątków, od tej reguły: cyklicznych imprez, które mają charytatywny charakter – staramy się w miarę możliwości wziąć w nich udział. Takim biegiem jest właśnie bieg Wyganiamy Raka. Jest on inicjatywą świętej pamięci doktora Jana Hołówki, prekursora przemyskiej onkologii a kontynuowany przez jego córkę wraz z ekipą organizacyjną zebraną wokół niej.
Pobierz ślad GPX
Trasa jest nie dość, że ultra krótka (3,5km) to duża część jej pierwszej części biegnie w dół. Startujemy spod szpitala w Przemyślu na Monte Cassino i biegniemy chodnikiem wzdłuż obwodnicy w okolicę cerkwi na Wilczu.
Nie oczekiwałem za wiele po sobie, ale z doświadczenia wiedziałem, że konkurencja choć mocna zazwyczaj nie była zbyt liczna. Dlatego pomimo braku typowych treningów szybkościowych chciałem z siebie dać wszystko co tylko fabryka dała – w końcu czym jest kilkanaście minut wysiłku w porównaniu z wielogodzinnymi zmaganiami do których byłem przyzwyczajony.
Stanąłem na przodzie stawki, aby nie musieć przeciskać się między wolniejszymi osobami, bo na tak krótkim dystansie ciężko każdą taką stratę nadrobić. Na starcie kilkoro starszych dzieciaków przycisnęło bardzo mocno – nie przejąłem się tym za bardzo, bo widać było, że długo tak nie dadzą rady, ale równocześnie wykorzystałem ich jak zająca do gonienia, aby się rozpędzić na początkowym odcinku, który biegnie lekko pod górę. Po kilku set metrach, jak przewidziałem, odpadają i zostają w tyle a ja zostaję zupełnie sam na czele grupy.

Ostry zakręt w lewo z jezdni na chodnik tuż przed wiaduktem nad obwodnicą i zaczynamy zbieg. Słyszę za plecami czyjeś kroki, więc staram się jeszcze bardziej przyśpieszyć. Mam wrażenie, że zyskuję kilka metrów, ale nie udaje mi się zgubić goniącego mnie zawodnika. Generalnie na długich biegach nie lubię gdy ktoś „depcze mi po piętach”, bo instynktownie wtedy próbuję przyspieszyć i go zgubić – co wybija mnie z mojego rytmu – natomiast tu wykorzystuję to, aby spróbować wykrzesać z siebie jeszcze więcej.
Tuż przed mostem na obwodnicy dogania mnie jednak mój „prześladowca”. Dogania, ale nie przegania. Gdy tak biegniemy obok siebie odwracam się delikatnie w bok, aby się przyjrzeć kto to taki – nie robiłem tego wcześniej, bo nie było to ważne a odwracanie się do tyłu mogłoby mnie to spowolnić. Okazuje się, że to jakiś nastolatek / licealista. Ku mojemu zdziwieniu udaje nam się nawet zamienić kilka zdań, mimo, że ciągle ciśniemy bardzo mocno (analizując bieg już po fakcie, to na całym zbiegu przez jakieś 1,5 kilometra utrzymywałem tempo między 3:20 a 3:30 min/km).



Zbieg się kończy. Teraz kilka ostrych zakrętów i kolejne półtora kilometra do mety – całość już po płaskim. Mój towarzysz ewidentnie trenuje szybkie bieganie, bo utrzymuje wysokie tempo nawet na płaskim i zaczyna się powoli oddalać – choć cały czas jest w zasięgu wzroku. Na zakrętach udało mi się przy okazji ustalić, że za nami nie ma nikogo.
Powoli zbliżamy się do mety. Biegnę tak szybko na ile tylko ciało mi pozwala. Zauważam, że kolega z przodu zamiast powiększać przewagę wyraźnie zwalnia. Motywuje mnie to do walki do ostatnich metrów, chociaż wiem, że walka będzie bardzo nierówna a odległość do zniwelowania jest z każdym metrem zbieżna z odległością do mety. Ostatecznie na pełnej prędkości kończę jako drugi, zaledwie kilka sekund po moim poprzedniku.

Na mecie czekałem jeszcze na Aśkę i Anię. Aśkę niestety tempo odcięło i nie ukończyła biegu. Natomiast Ania pojawiła się na mecie niedługo po mnie.
Podsumowując, jestem zadowolony nawet nie tak z wyniku jak z samej rywalizacji a również z udziału w tej szczytnej imprezie. Bo to ostatnie to było w tym wszystkim najważniejsze a cała pozostała otoczka miała to tylko uprzyjemnić. Polecam!

