Jak już mieliśmy za sobą tegoroczny najdłuższy z biegów Królewskiej Triady Biegowej, to szkoda nie dodać do kolekcji dwu pozostałych. Dlatego pojawiliśmy się już prawie tradycyjnie na Biegu Trzech Kopców w Krakowie.
Jest to 13 kilometrowy bieg anglosaski startujący spod kopca Krakusa, zbiegający na Podgórze i bulwarami Wisły zmierzający w kierunku na Salwator pod kopiec Kościuszki. Ten mijamy Aleją Waszyngtona aż dobiegamy do podnóża wzniesienia Lasu Wolskiego, na które wspinamy się, by następnie obiec ogród zoologiczny i skończyć zawody obiegając ostatni, trzeci, kopiec Piłsudskiego.
Pobierz ślad GPX
W tym roku pojechaliśmy z Aśką i Anią (która debiutowała w tym biegu), a dołączyła do nas jeszcze koleżanka biegowa Basia.
Klasycznie już zostawiliśmy auto przy biurze zawodów znajdującego się przy Stadionie Miejskim im. H. Reymana w Krakowie. Stamtąd po odebraniu pakietów startowych udaliśmy się na tramwaj dla biegaczy, który przewiózł nas w pobliże kopca Krakusa. Mając jeszcze zapas czasu zdecydowaliśmy się na wyjście na szczyt kopca i wspólną fotkę na tle panoramy Krakowa. Mogliśmy też z grubsza oglądnąć zarys trasy, a szczególnie zlokalizować na niej dwa pozostałe kopce.



Podzieliliśmy się na dwie pary: Aśka z Basią a ja z Anią. Tuż przed startem zaczął siąpić deszcz i padał prawie do samego końca. Ja z racji tego, że dreptałem sobie spokojnie dla towarzystwa zdecydowałem się na zostanie w kurtce, ale dziewczyny leciały „na krótko”.

Tegoroczna trasa w związku z trwającymi remontami dróg w mieście różniła się troszeczkę w szczegółach od tej znanej z poprzednich lat. Dokładnie chodzi o to, że zamiast na Podgórzy przekroczyć Wisłę, biegliśmy jej prawym brzegiem aż do mostu Zwierzynieckiego. Tam dość stromym łącznikiem wbiegliśmy prawie bezpośrednio pod kopiec Kościuszki.



W tym miejscu zaczęliśmy powoli schodzić z asfaltowej nawierzchni, która coraz bardziej przechodziła w gruntową. Kulminacją tego było podejście przez Lasek Wolski pod ZOO. Ziemna ścieżka pod górę w swoich najstromszych odcinkach była dla wielu nieprzygotowanych na takie warunki biegaczy problemem, z którym trudno im było się zmierzyć. Unikając błota wybierali najbardziej śliskie alternatywy, co powodowało olbrzymie przestoje, gdyż ścieżka była stosunkowo wąska i szybko się zapychała.



Ostatecznie wdrapaliśmy się na górę, wyprzedzając przy tym część zawodników, która spędziła bardzo dużo czasu na podejściu. Zostało nam już tylko obiegnięcie asfaltowym deptakiem ogrodu zoologicznego i pokonanie ostatniej górki tuż przed samym kopcem Piłsudskiego.

Gdy dotarliśmy pod kopiec i widzieliśmy już metę nie był to jeszcze koniec biegu. Trasa finiszu poprowadzona jest bowiem tak, aby zawodnicy musieli obiec cały kopiec u jego podstawy. Spięliśmy się więc i pobiegliśmy tak mocno, na ile jeszcze Ani starczyło sił.


Na mecie czekały już na nas Aśka z Basią. Mogliśmy, więc od razu zrobić sobie pamiątkową fotografię, odebrać depozyt i wrócić podstawionym autobusem spod ZOO w okolice parkingu przy biurze zawodów.

Nie jest to łatwy bieg, gdyż wymaga zarówno szybkości jak i dobrego radzenia sobie na różnorodnej nawierzchni oraz z górkami, które mogą dać się we znaki, szczególnie jak ktoś biega wyłącznie płaskie biegi. Jak dla mnie, z tych samych powodów co opisałem po wyżej, jest to równocześnie najbardziej atrakcyjny z trzech biegów krakowskiej triady. Z czystym sercem polecam.

