Jak do tego doszło? W sumie to wiem. Kalendarz startów na ten rok mieliśmy wypełniony dość kompletnie. Dużą luką był wrzesień, gdzie brakowało nam czegoś, aby zebrać się do roboty po kolejnym roztrenowaniu jakie miałem zaplanowane po Biegu Granią Tatr. I tak jakoś się złożyło, że na początku roku natrafiłem na informację o Salomon Skyline Scotland gdzieś na jednej ze szkockich grup o biegach na Facebook’u, do których należę. Festiwal biegów górskich w Szkocji – miejscu do którego mam tak duży sentyment i gdzie spędziłem jakieś dwa lata życia, i gdzie zacząłem swoją przygodę z bieganiem. Długo nie musieli mnie przekonywać a 52 kilometrowy dystans skyrunningowego biegu Ben Nevis Ultra, którego trasa wiedzie przez najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii aż się prosił, aby go wybrać. Więc się zapisaliśmy.
Pobierz ślad GPX faktyczny lub ślad GPX planowany
Ja na wspomniany już Ben Nevis Ultra, Aśka na Ring of Steall Skyrace wliczany do Golden Trail National Series, a Ania z Olą na górską piątkę. Zaplanowaliśmy sobie też z tej okazji delikatnie przedłużony weekend, aby się chwilkę dłużej nacieszyć samą Szkocją.

Wylecieliśmy w piątek z rana z Krakowa do Edynburga, potem wynajętym samochodem przejechaliśmy przez pół kraju na zachodnie wybrzeże do Kinlochleven w okolice Fort William, gdzie znajduje się baza zawodów, aby odebrać Aśki pakiet i zapoznać się z okolicą, a potem jeszcze kilka kilometrów na wschód, gdzie mieliśmy wynajęty domek w malutkiej przybrzeżnej miejscowości o nazwie Onich. Sam przejazd przez spory kawałek Szkocji, mijając po drodze zabytkowe zamki i park narodowy jeziora Loch Lomond oraz południową część szkockich Highlands to poezja sama w sobie i zaplanowany dokładnie tak, aby nasycić oczy widokami.







Po odebraniu pakietu Aśki w Kinlochleven czekała nasz jeszcze kilkukilometrowa podróż do miejscowości, Onich, gdzie mieliśmy wynajęty domek. A trasa wąską dróżką wzdłuż zatoki między tymi dwoma miejscowościami miała być naszym chlebem powszednim w najbliższych dniach.



W sobotę start miały dziewczyny, więc zebraliśmy się i z rana, aby odebrać jeszcze pakiety Ani i Oli, które były wydawane bezpośrednio przed ich zawodami. Z Anią i Olą wyszliśmy też na chwilę, aby pokibicować biegaczom z innych dystansów. A gdy one wystartowały ja już sam wybiegłem na ich trasę (znalazłem skrót między ich 2 i 4 kilometrem, który pozwolił mi kibicować im w dwu miejscach i pogonić z nimi na metę jak już obie mnie minęły). Pogoda w sobotę była rewelacyjna, nie za ciepło, ale bardzo słonecznie – całkiem dobrze do biegania a widokowo wprost przepięknie.










Po biegach wybraliśmy się na spacer i obiad do Fort William. Potem znów powrót do Kinlochleven, aby odebrać mój pakiet i znów spacer wieczorkiem tym razem wzdłuż wybrzeża. Potem kolacja i przyszykowanie się do mojego startu. Zabawa dopiero miała się zacząć!



Jak już wspomniałem wybrałem dystans 52 kilometrów i 3600 metrów w pionie. Co ciekawe bieg ten klasyfikowany jest jako skyrunningowy a równocześnie najwyższy szczyt trasy (Ben Nevis – 1345 metrów n.p.m.) jest niższy o metr niż bieszczadzka Tarnica. Wynika to z tego, że na trasie biegu zalicza się kilka szczytów zaliczanych to tak zwanych Munro – czyli szkockich gór o wysokości powyżej 3000 stóp (ok. 914 metrów), których zdobywanie zaczynamy praktycznie z poziomu morza. Do tego ten rejon Szkocji nie obfituje w drzewa, więc całość trasy jak i same podejścia obfitują w onieśmielające widoki.
Niestety niedzielny poranek nie przywitał nas aż tak piękną pogodą jak dzień wcześniej, ani prognozy nie napawały optymizmem. Zostaliśmy już przed startem poinformowani, że jeżeli nic się nie zmieni, to najprawdopodobniej bieg zostanie przekierowany na awaryjną „bad weather route”, czyli alternatywnym szlakiem omijającym najwyższe partie gór.


Zanim zostaliśmy dopuszczeni do startu musieliśmy na wejściu do strefy startowej przejść przez kontrolę posiadania sprzętu obowiązkowego, który na tych zawodach należał do naprawdę obszernego i ilościowo/wagowo wydawał mi się większy niż wymagany na Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim. Po jej przejściu tłum zawodników powoli zaczynał gęstnieć. Dość szybko zorientowałem się, że tuż obok mnie stoi kilkoro zawodników pochodzących z Polski (niektórzy już na stałe zamieszkujących w Anglii) – więc była okazja pogadać z kimś w rodzimym języku. Bezpośrednio przed startem mieliśmy okazję posłuchać utworu zagranego na dudach – co doskonale podkreśliło szkocki klimat imprezy. I wystartowaliśmy.
Po niecałym kilometrze opuszczamy Kinlochleven i zaczynamy pierwszą wspinaczkę. Na pierwszych sześciu kilometrach wznosimy się o 750 metrów w górę na przełęcz pod Sgùrr Èilde Mòr. Zarówno ścieżka pod górę jak i kolejny odcinek (ok. 4km), który jest stosunkowo płaski, acz mocno pofalowany wiedzie dość wyraźnie zarysowaną ścieżką – co z moich doświadczeń ze szkockich wycieczek w górach wiem, że nie jest tak oczywiste. To pierwsze podejście pozwala się też rozciągnąć stawce – zdarzają się ciągle pojedyncze przetasowania i będą pewnie aż do końca, ale nie poruszamy się już w zwartej grupie co jest zaletą: łatwiej jest się skupić na swoim tempie a nie poddawać presji tłumu, lub być przez niego spowalnianym na zwężeniach.

I ta presja na pierwszych kilometrach powoduje, że tylko na krótkie chwile mam możliwość odwrócić się w stronę Kinlochleven i zatoki, nad którą jest położone – z każdym metrem w górę widok za plecami coraz bardziej zapiera dech w piersiach: udaje mi się złapać kilka ujęć przez ramię, które choć w części oddają to co miałem okazję doświadczyć na żywo.
Na wysokości przełęczy Sgùrr Èilde Mòr mijamy pierwsze górskie jeziora, których niebieska woda przepięknie komponuje się z zielonymi omszałymi zboczami, białawymi mokrymi skałami i stalowo szarymi chmurami, które coraz dokładniej przesłaniają niebo oraz ukrywają wierzchołki mijanych szczytów, przez co wydają się one trochę jak płaskowyże.


Około 10 kilometra, w pobliżu Binnein Beag, zaczynamy pierwszy solidny zbieg na naszej trasie. Na dystansie troszkę dłuższym niż kilometr zbiegamy o ok. 500 metrów dół w pionie – jest to naprawdę stromo. W dodatku nie jest to zbieg o stałym nachyleniu a mocno zmienny: trawersy o łagodnym nachyleniu gwałtownie przechodzą w prawie pionowe ściany. Aby było jeszcze bardziej ciekawie wydeptana ścieżka znika i zaczynamy biec na przełaj kierując się na oznaczenia trasy rozmieszczona przez organizatora, sami wyszukując „najlepszy” sposób na przebiegnięcie od chorągiewki do chorągiewki.
Nawierzchnia tej części biegu to prawdziwa bajka (albo koszmar – zależy kogo zapytać): gęsty, mocno wodnisty mech, w który przy każdym krok noga zapada się na kilkanaście centymetrów; w którym zupełnie losowo jak rodzynki w cieście znajdują się mniejsze i większe skały – niektóre widoczne na powierzchni a niektóre znienacka zaskakujące stopy, kostki i łydki pod warstwą zieleni. Plan na nadrobienie trochę czasu na zbiegu nie idzie do końca tak jak miał iść: próbuję dać z siebie wszystko, przy równoczesnym zachowaniu choć odrobiny zdrowego rozsądku. Wyprzedzam sporo osób, ale też sam jestem wyprzedzany (głównie przez lokalnych biegaczy, którzy mają dużo większe doświadczenie w tego typu „atrakcjach”). Staram się przede wszystkim nie upaść i nie zjechać nigdzie na tyłku, bo nie chciałbym zawadzić kością ogonową o te poukrywane zdradziecko kamienie. I nic sobie nie skręcić, gdyby stopa gdzieś na moment utknęła. Pełne skupienie, wymieszane z czystą dziecięcą radością i beztroską. RE-WE-LA-CJA! Adrenalina na sterydach!
I w końcu zbieg się kończy. Ale nie tak po prostu. Rozpędzeni wpadamy na strumień (Water of Nevis), który musimy przeskoczyć w kilku krokach na drugą stronę. W butach jest już mokro od dawna, więc sam strumień nie robi różnicy. A na jego drugim brzegu czeka wolontariusz, który kieruje nas na właściwy kierunek – po tej stronie wzdłuż brzegu biegnie ścieżka równolegle do koryta, więc kolejne kilka kilometrów jest mocno biegowe z kilkoma niespodziankami w postaci pojawiających się z nienacka grzęzawisk, gdzie noga zapada się losowo po kostkę, albo po pachwinę – ja zaliczyłem właśnie tę drugą opcję. Całe szczęście, że twardy grunt miałem za sobą w zasięgu dłoni, więc udało się samodzielnie wykaraskać: podciągając się najpierw w tył, tak, że mogłem usiąść i następnie wyciągnąć spokojnie stopy na powierzchnię.


Po około 4 kilometrach odbijamy od strumienia na północ wspinając się poprzez zupełnie dziki i bardzo rzadko uczęszczany dziewiczy obszar Coire Giubhsachan, gdzie znów nie ma wytyczonej ścieżki a jedynie chorągiewki na które się kierujemy. Zaczynamy najpierw od wdrapania się po śliskich mokrych skałach małego wodospadu, a następnie trawiasto-omszałym stoku z licznymi kamieniami.

Pogoda się załamuje, zaczyna coraz intensywniej padać i wiać – nie zanosi się, na to, aby szybko miało przestać, więc zatrzymuję się prawie od razu i ubieram kurtkę. I w deszczu kontynuujemy wspinaczkę, która stosunkowo szybko ze stromej przechodzi w dość łagodną. Zmierzamy w kierunku przełęczy pod Càrn Mòr Dearg (CMD). Nie wiem czy to kumulacja pierwszego zmęczenia, pogody i trudności na trasie, ale na tym odcinku pierwszy raz mam okazję porozmawiać sobie z pobliskimi biegaczami. Dzięki temu czas i kilometry uciekają dużo szybciej. I nim się obejrzałem trasa gwałtownie skręciła na zachód na kamieniste zbocze CMD.
Ściana jest prawie pionowa. Kije, które miałem przewidziane na ten odcinek tak szybko jak wyjąłem tak szybko też schowałem. Dużo sprawniej jest poruszać się podciągając się dłońmi. Deszcz powoli ustaje, a może po prostu wchodzimy powyżej poziomu chmur. W każdym razie z każdym metrem coraz mniej widać, bo wszystko zasłania coś na kształt mgły. Cały czas jednak wieje i to z boku, co wspinając się po grani nie jest komfortowe. Deszczu prawie nie czuć, ale wilgotność z wiatrem potęguje uczucie zimna. Rozgrzewa myśl, że na szczycie będziemy już za połową drogi zarówno pod względem odległości jak i przewyższeń.




Szczyt Càrn Mòr Dearg (1220 metrów n.p.m.) jest już powyżej warstwy chmur. Ale tak tylko ciut ciut. Na tyle, że sprawiał wrażenie kamiennej wyspy na morzu z puchu. Niegościnność otoczenia była jedną z największych jakie kiedykolwiek doświadczyłem. Pomiędzy głazami na szczycie „koczował” wolontariusz ubrany jak rasowy himalaista i czuwał nad naszym bezpieczeństwem nad grzejącym się czajnikiem na kuchence gazowej. Sama jego obecność w tej sytuacji rozgrzewała serce i podnosiła morale, a on jeszcze szczerze podejmował rozmowę z każdym mijanym zawodnikiem, oferując nie tylko wskazanie kierunku, ale również poratowanie ciepłym napojem czy pomoc w ogarnięciu własnych rzeczy z plecaka. Chyba na żadnym biegu nie czułem się tak zaopiekowany – nawet jeżeli nic nie potrzebowałem i samodzielnie wyciągnąłem z plecaka ciepłą czapkę i rękawiczki.

Do Ben Nevisa pozostało już tylko 3 kilometry trawersem wzdłuż Càrn Mòr Dearg Arête – grani, gdzie najpierw delikatnie schodzimy o 150 metrów niżej, by w drugiej połowie wspiąć się o ok. 300 metrów w górę. Na papierze wyglądało to jak łatwy kawałek, a przynajmniej łatwiejszy niż samo wspięcie się na CMD. Bardziej w błędzie być nie mogłem. Arête określa typ grani, która powstaje jako wypiętrzenie między dwoma lodowcami i jest bardzo wąska. I póki miała trochę więcej niż metr szerokości było całkiem w porządku. Natomiast im węziej się robiło tym wolniej i ostrożniej się poruszałem. Wychodził mój brak doświadczenia w poruszaniu się w takich warunkach. Najtrudniejszy odcinek, był gdy musiałem objąć olbrzymi głaz, którego nie dało się obejść górą, i szukając podparcia dla stóp minąć go bokiem. Chmury ukrywające wszystko co było metr poniżej trochę pomagały w tym przejściu, bo nie było widać „przepaści” ziejącej po obu stronach grani.

Dotarcie do Ben Nevisa z CMD zajęło mi prawie 70 minut. Na jego szczycie kolejni wolontariusze pomagają biegaczom, którzy tego potrzebowali. Pojawiają się też turyści, którzy na szczyt dostawali się od strony Glen Nevis – miejscowości u podnóża góry, do której my zmierzaliśmy i gdzie mieliśmy mieć punkt odżywczy. Gdzieś na szczycie od kogoś pierwszy raz usłyszałem, że organizator zdecydował, że za punktem odżywczym kontynuujemy trasę do mety bezpieczniejszym wariantem przewidzianym na wypadek złej pogody. Patrząc na to jak się czułem przemoczony i wyziębiony po pierwszej grani i widząc ilu zawodników na Ben Nevisie korzystało z pomocy wolontariuszy, nie dziwiłem się tej decyzji. A do tego mając świadomość, że na tej drugiej grani także obsługa biegu musiałby cały czas trwać i czekać na nas, zanim ostatni z zawodników ich nie minie; tym bardziej ją popierałem.


Zbieg do Glen Nevis, gdzie na 8 kilometrach pokonujemy prawie 1400 metrów w pionie, przypomina mi nasze popularne tatrzańskie szlaki w wyższych partiach gór. Takie zbiegi lubię. Jak tylko mijamy warstwę chmur szybko muszę pozbyć się kurtki, bo zarówno pogodowo trochę się ociepla, ale przede wszystkim organizm sam siebie grzeje od wysiłku. Mijam jednego po drugim kolejnych zawodników, jestem w swoim żywiole. Równocześnie dociera do mnie, że któryś z nich przyczepił się mi do ogona i dotrzymuje kroku. Nie przeszkadza mi to w ogóle, a wręcz przeciwnie motywuj do „zabawy w berka”. Nie zamierzam się go pozbyć, ale wykorzystać do zmotywowania się do jeszcze większego wysiłku – i to działa. Aż do momentu, jak z tyłu nie słyszę jak ktoś upada. W pierwszym odruchu staram się uskoczyć w bok, gdyby miał mnie za sobą pociągnąć. Zatrzymuję się, aby ocenić sytuację. Jedna z zawodniczek (okazuje się, że to ona mnie goniła) potknęła się na jakimś kamieniu i leży jak długa. A może już nawet nie leży, ale powoli się podnosi i próbuje ogarnąć. Pytam (po angielsku) czy wszystko w porządku i czy czegoś jej nie trzeba. Oraz czy da radę biec dalej. Szybko odpowiada, że jest ok.
Zauważam, że zerwała numer startowy, który trzyma się już tylko na skrawku narożnika. Sugeruję, że mam zapasową agrafkę – i wtedy zauważam, polską flagę nadrukowaną na jej numerze startowym. Więc pytam już po polsku czy możemy się przełączyć na nasz rodzimy język. Okazuje się, że na co dzień mieszka aktualnie w okolicach Londynu i na tych zawodach jest pierwszy raz. Wymęczyła ją przeprawa na szczyt Ben Nevisa i chwilę spędziła u wolontariuszy na szczycie. Teraz planowała tylko zbiec do punktu i zrezygnować z dalszej drogi, ze względu na ogólne osłabienie. Próbuję pozostałe kilometry malowniczego zbiegu wykorzystać na namówienie jej, że szkoda rezygnować, bo ewidentnie czuje się już dużo lepiej, bo pędzimy w dół całkiem żwawo. Niestety pozostaje niewzruszona i po dobiegnięciu do Glen Nevis schodzi z trasy.
Na punkcie żywieniowym pierwsze co dostajemy to oficjalny komunikat o zmianie trasy – czyli to co już z grubsza wiemy. Uzupełniam po kieszeniach plecaka przekąski, łapię paczuszkę czipsów i orzeszków, i ruszam w dalsza drogę. Szybko przestawiam w zegarku trasę na „zapasowego” tracka i opuszczam punkt przegryzając to co nabrałem do garści.

Pozostały dystans nie ulega prawie żadnej zmianie: pozostaje nam troszkę ponad 22 kilometry do mety. Natomiast nie wspinamy się już na żadne większe szczyty i granie a całość trasy do Kinlochleven pokonujemy wzdłuż West Highland Way – szlaku turystycznego łączącego Glasgow i Fort William. Pogoda jest nienajgorsza – a przynajmniej jak się nie wspina po wyższych partiach gór: czasem coś tam popada, wiatr mocniej zawieje (jak to zwykle bywa częściej w twarz niż w plecy) a i temperatura jest znośna.
Pierwsze kilometry to obiegnięcie masywu Ben Nevisa od południa, jednak zostaje on z każdym metrem coraz bardziej w dali, aż chowa się za innymi górami. Zresztą z dołu i tak widać było tylko jakieś 2/3 jego, bo sam wierzchołek cały czas był powyżej poziomu chmur. Z racji tego, że poruszamy się szlakiem turystycznym mijamy teraz dość często pojedyncze grupki turystów. West Highland Way nie jest może tak wymagający jak wcześniejsze odcinki po najwyższych partiach gór, ale widoki są równie przepiękne, choć zupełnie inne. Góry nie są teraz głównym aktorem a drugim planem dla łąk, pastwisk, sypiących się kamiennych murków i starych zabudowań gospodarczych.





Stawka jest już mocno rozciągnięta i tylko z rzadka ktoś się pojawia na horyzoncie. Ale każdą taką osobę wykorzystuję jako motywację, do walki i dania z siebie jeżeli nie troszkę więcej, to chociaż utrzymania dotychczasowego tempa. I się to sprawdza. Sukcesywnie mijam kolejnych biegaczy, chociaż czasem od ujrzenia go pierwszy raz do minięcia, mija sporo czasu. A czasem taki wyprzedzony zawodnik, próbuje się przypiąć i powalczyć dłuższą chwilę o pozycję.

Gdy mijam znacznik 50 kilometra zaczyna już być widać okolicę Kinlochleven. Jestem w stanie przysiąc, że słyszę już linię mety. Pozostał już tylko ok. 3 kilometrowy zbieg, który znam z dnia wcześniejszego, gdy kibicowałem moim dziewczynom. No i sama końcówka przez miasto, gdzie lokalni mieszkańcy, turyści, kibice i zawodnicy z innych dystansów a także ci z mojego, którzy ukończyli go przede mną dopingują na ostatnich metrach. Szczególna linia mety. Aśka z dziewczynami również na niej są (jakoś ogarnęły sobie transport lokalną komunikacją w międzyczasie). I wspólna fotka na koniec. Czego chcieć więcej? Pewnie tylko tego, żeby tu kiedyś jeszcze wrócić.


Następnego dnia wracamy już do Polski. Lot mamy dopiero późnym wieczorem, więc wykorzystujemy okazję do zwiedzenia jeszcze kilku miejscówek po drodze (w tym zamku Doune, w którym kręcono serial Outlander).











Ostatecznie około północy z poniedziałku na wtorek wracamy do domu zadowoleni po intensywnie przeżytym przedłużonym weekendzie.

Szkoda tylko, że ta edycja Skyline Scotland była już ostatnią w tej lokalizacji a kolejna po rocznej przerwie (w 2026 roku) ma być już w nowym miejscu – więc jak wybierzemy się tu znowu, trzeba będzie wybierać czy dokończyć zwiedzanie sporej liczby szlaków w okolicy Ben Nevisa i Kinlochleven czy poznać nową lokalizację tej imprezy, a może zdecydować się na zupełnie coś innego? Szkocja jest ogromna z jeszcze większym potencjałem, więc na pewno coś ciekawego sobie znajdziemy.

