Nadszedł więc moment mojego drugiego docelowego biegu w tym sezonie: Bieg Granią Tatr. Ósmego z dziesięciu biegów na mojej liście do skompletowania Korony Polskich Ultramaratonów. Trasa biegu była już dla mnie znana, każdy jej odcinek miałem już okazję pokonać czy to na jakichś innych wcześniejszych zawodach czy na treningach. Niewiadome dla mnie było, czy dam radę pokonać ją w nowym skrócony o całą godzinę w porównaniu z wcześniejszymi edycjami limicie czasu – tylko 16 i pół godziny.
A trasa? To 72 kilometry wytyczone w dużej mierze główną granią Tatr, gdzie zbieramy w sumie ponad 5000 metrów przewyższenia. Mój oryginalny plan na ten bieg zakładał optymistycznie, że pokonam trasę w 15 godzin i 30 minut – jednak to jak „zaszalałem” w poprzednich dwu tygodniach i złapana kontuzja przywodzicieli mówiły, że będzie rewelacyjnie jeżeli w ogóle ukończę ten bieg w limicie czasu.
Pobierz ślad GPX
Do Zakopanego przyjechaliśmy z Aśką i Anią w piątek 18 sierpnia, aby zdążyć odebrać pakiet w biurze zawodów i posłuchać obowiązkowej odprawy przed startem.

W sobotę o godzinie 3:10 ruszają autobusy spod parkingu przy Wielkiej Krokwi na początek trasy do Siwej Polany u wejścia do Doliny Chochołowskiej. Nocleg mamy jakieś 10 minut marszu od parkingu, więc nie musiałem wstawać dużo wcześniej.
Na odprawie dostaliśmy informację, że prognoza pogody jest umiarkowanie optymistyczna, z możliwością wystąpienia burzy w okolicy południa – więc musieliśmy być gotowi na skrócenie trasy. Po dotarciu na start, każdy zawodnik został sprawdzony z posiadania każdego jednego elementu wyposażenia obowiązkowego zanim został wpuszczony do strefy startu.
Punktualnie o 4:30 wyruszyliśmy na trasę. Było całkowicie ciemno i pierwsze kilometry pokonywaliśmy do światła czołówek. Było za to ciepło – a to znaczyło, że w ciągu dnia będzie tylko gorzej (czytaj. nieznośnie upalnie) a w Tatrach powyżej linii drzew nie ma gdzie się schować w cieniu!

Pierwsze 7 kilometrów to bardzo delikatny (względnie w porównaniu z resztą trasy) podbieg przez Dolinę Chochołowską, aby następnie zacząć wspinać się przez Grzesia na Wołowiec (14km trasy i pierwszy szczyt powyżej 2000m) i dalej w kierunku na grań główną. 1250 metrów pionu od startu i 900m na ostatnich 7 kilometrach. Atmosfera biegu napędza i na tym odcinku mam ponad 40 minut zapasu do planu – w dużej mierze na tym płaskim początku, ale też podejście zrobiłem szybciej niż przewidywałem. Najważniejsze jednak, że zarówno fizycznie jak i psychicznie jestem w idealnym punkcie – po kontuzji, którą złapałem 2 tygodnie wcześniej nie ma śladu – a to także poprawia mocno morale.




Widoki z grani są przepiękne. Szczególnie, że pokonujemy trasę w kierunku wschodu słońca. Na szlaku odnajduję się bez problemu i z łatwością dostrzegam i nazywam majaczące przed nami szczyty. A wiedząc gdzie jestem i dokąd zmierzam łatwiej jest napędzać się i działać zadaniowo: biegnąc od jednego punktu charakterystycznego do następnego.




Dwie ściany (Jarząbczy i Starorobociański Wierch) masakrują jednak wypracowaną przewagę czasu – zostaje mi z niej tylko 10 minut. Ale czego się spodziewać po 400 metrowych odcinkach o nachyleniu odpowiednio 55% i 35%. Jeszcze tylko kamienisty Ornak i zbieg do pierwszego punktu żywieniowego na Hali Ornak (26km).




Na punkt żywieniowy wpadam z 10 minutami zapasu do planu o 9:45. Spotykam tam kilku znajomych wolontariuszy, uzupełniam picie, łapię coś na drogę i ruszam z pełnymi garściami, aby nie tracić więcej czasu niż potrzeba.
Teraz czeka nas 7 kilometrów i 1000 metrów pionu do pokonania na Ciemniak. Jest to też odcinek z premią górską, ale ja walczę tu ze sobą i z trasą a nie z rekordzistami – czas tego odcinka w moim wykonaniu to 1h 53min – natomiast najlepszy wynik to 1h 4min.
Pozostałe trzy szczyty Czerwonych Wierchów są już mniej wymagające, bo startujemy na nie już z poziomu grani. Krzesanica, Małołączniak i Kopa Kondracka, oraz dalej na Kasprowy Wierch – biegnie się względnie dobrze, w towarzystwie coraz większej ilości turystów, którzy mijani dopingują nas na trasie. Psychicznie też jest już dobrze, bo minąłem znacznik połowy dystansu i równocześnie mam już nazbierane ponad 3000 metrów w pionie – czyli więcej mam już za sobą niż z przodu.




Widoki dalej zapierają dech, ale głowę zaczyna zamęczać czająca się na horyzoncie za plecami burza. Od czasu do czasu nawet coś tam poburkuje i nawet z pojedynczych chmur nad głową coś tam posiąpi od czasu do czasu – równocześnie przygrzewa słońce, więc te parę kropel przyjemnie chłodzi. Gorzej, że w grę może wchodzić przerwanie wyścigu, jeżeli burza by naciągnęła nad grań. Byłoby szkoda, ale cóż: siła wyższa.
Mijamy Kasprowy Wierch i odbijamy w dół w kierunku Hali Gąsienicowej i schroniska z drugim punktem żywieniowym. Nogi już trochę zmęczone i kluczenie bokiem ścieżki tak jak nas kierowali wolontariusze na trasie, aby nie przeszkadzać sporej ilości turystów poruszających się w obu kierunkach na szlaku, daje się we znaki. Kamienie są tu bardziej luźne i mocno nierówne – z jednej strony więc trzeba troszkę zwolnić, jednak cały czas mam z tyłu głowy świadomość, że planowo na tym punkcie mam być z tylko niewielkim zapasem czasu do zamknięcia trasy na tym odcinku. Cisnę więc ile tylko zostało energii w ciele i skupienia, aby bezpiecznie znaleźć się na mniej technicznym odcinku. Każda minuta, którą tu nadrobię będzie dodatkową minutą, jaką będę mógł dłużej spędzić na punkcie żywieniowym: aby się posilić i złapać moment na oddech.


I udaje się to całkiem zgrabnie osiągnąć. W Murowańcu (42km) melduję się z 10 minutami straty do planu, ale z zapasem 20 minut do limitu. Co więcej, mata pomiarowa jest tylko przed punktem, więc czas spędzony na nim wlicza się już do następnego odcinka – gdzie trasa do pokonania w stosunku do limitu czasu jest dużo łatwiejsza, przynajmniej w teorii.
Dodatkowo na punkcie podczas pochłaniania drugiej zupy (no bo jedna, okazała się stanowczo za mała) dowiadujemy się, że burza, którą widzieliśmy na horyzoncie, przeszła bokiem i jest już spory kawałek za Zakopanem, więc nie ma się co nastawiać, że organizatorzy się nad nami zlitują i nie puszczą nas na kolejne szczyty. Trzeba więc wylec się z punktu i napierać. Co ciekawe wychodząc stamtąd zostawiam za sobą całą masę osób, które dotarły tam przede mną i co więcej, w ogóle niewiele osób wychodzi ze mną w stosunku do „tłumu” z jakim wbiegałem do niego.
Droga w kierunku Przełęczy Krzyżne jest w dużej mierze o niewielkim nachyleniu, choć z dość techniczną nawierzchnią. Nogi jednak rozleniwione chwilą przerwy mają problem z podbieganiem, więc dużo jednak tu marszu – mam jednak kawałek przed sobą zawodnika, do którego powoli się zbliżam niwelując dystans z każdym krokiem, więc nie jest tak źle. Jak go doganiam to zauważam z zaskoczeniem, że to Rafał Kot, który z jakiegoś powodu niedomagał na tym biegu i udało mi się go przez to dogonić.



I to już samo w sobie byłoby historią, wartą podzielenia się, jednak to co się wydarzyło moment później to dopiero „bomba”, która całe szczęście nie wybuchła. Gdy chwilę z Rafałem szliśmy razem rozmawiając, z naprzeciwka zbliża się do nas turystka. Od razu pyta czy może iść z nami, bo się boi, gdyż w pobliżu jest niedźwiedź. Stwierdziliśmy, że nie ma sprawy (choć dziwne się wydawało, że turystka woli z nami zawrócić i iść z powrotem w górę na Krzyżne niż dojść do zupełnie nieodległego schroniska, które nie tak dawno opuściliśmy. Rafał jeszcze zaczął dopytywać gdzie ten niedźwiedź, a pani wyciąga rękę ponad otaczającą nas kosodrzewinę prostopadle do szlaku i mówi: „no tu!”. Jak się odwróciliśmy, to faktycznie go spostrzegliśmy, i to nie jednego a dwa: niedźwiedzica z małym, odwrócone do nas plecami, oparta o drzewo i drapiąca jego korę – jak sprawdziłem potem na mapach, niecałe 50 metrów od szlaku. Całe szczęście zupełnie nie były nami zainteresowane. Udało nam się turystkę namówić, żeby doszła jednak do schroniska – pokazując jej, że za nami co jakiś czas jest jakiś biegacz, więc nie zostanie sama na trasie. Myśmy za to z dodatkową motywacją zaczęli jak najszybciej oddalać się od niedźwiedzi kierując dalej w stronę Czerwonego Stawu i Doliny Pańszczyca.
Mijając Czerwony Staw pogoda jakby w moment się zmieniła. Nad otaczającymi nas szczytami od strony Zadniego Granatu zaczęły przetaczać się niskie chmury, które w moment zasnuły błękit nieba. Gdy zaczęło się bezpośrednie podejście pod Krzyżne, czyli pół kilometra wspinaczki po olbrzymich kamieniach gdzie nachylenie grubo przekraczało 50% na całym odcinku. Zaczęło też coraz rzęsiściej padać i wzmagać się wiatr.

Im bliżej szczytu tym pogoda się pogarszała, ale równocześnie cieszyło to, że za sobą mam już praktycznie wszystkie większe góry na trasie i pozostałe dwadzieścia kilometrów do mocno pofałdowany zbieg w dół aż do samej mety.
Jednak to co działo się po północnej stronie Przełęczy Krzyżne zupełnie nie oddawało tego co się wydarzyło gdy tylko dotarliśmy na szczyt. Z planowanego postoju na przekąskę i sfotografowanie widoków znad Doliny Pięciu stawów Polskich nici. Od strony Koziego Wierchu i Świnicy przewalały się przez grań chmury burzowe z ulewnym deszczem i coraz bliższymi wyładowaniami – to był moment, jak nagle zaczęło robić się ciemno. Dwóch ratowników TOPR zabezpieczających ten punkt na trasie od razu podjęli decyzję o zawróceniu wszystkich na podejściu pod Krzyżne na Rówień Waksmundzką a nas na szczycie przegonili do przodu w stronę „Piątki”. Rzucili tylko za nami, abyśmy schodzili tak szybko jak to tylko będzie możliwe, żeby równocześnie nie zrobić sobie krzywdy – sformułowali to bardziej dosadnie, ale i tak nikomu na szczycie nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Za mną przez grań przeszło jeszcze tylko 4 osoby.

Zejście żółtym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów Polskich z Krzyżnego jest trudne technicznie przy dobrej pogodzie, a w ulewie, z burzą nad głową, trudność ta wzrasta jeszcze bardziej. A na szlaku z biegaczami są jeszcze turyści – którzy niejednokrotnie mają dużo mniejsze doświadczenie w sprawnym poruszaniu się w takich warunkach. Więc nieraz musieliśmy zatrzymywać się na przewężeniach, aby każdy mógł bezpiecznie zejść w dół.
Nim dotarliśmy do schroniska w dolinie po burzy nie było już śladu, nawet kamienie pod nogami zaczynały podsychać. Po drodze cały czas zastanawiałem się tylko, aby nic sobie nie zrobić i czy w związku z załamaniem pogody organizatorzy pozwolą tym, którzy przeszli przez Krzyżne kontynuować bieg, czy przy Wodogrzmotach skierują nas do podstawionego busa na Łysej Polanie – jesteśmy już bezpiecznie, dużo poniżej grani, i tak niedaleko mety – teraz byłoby mi bardzo żal gdyby się nie udało.


Jednak nie ma czasu na zastanawianie się. Trzeba walczyć, bo ostatnie zejście zamiast nadrobić trochę czas jaki miałem w zapasie do następnego punktu kontrolnego tylko go uszczuplił i to bardzo. Z planowanych 90 minut zapasu do limitu czasu przy Wodogrzmotach Mickiewicza na punkt wpadam 15 minut przed jego zamknięciem. Tuż przed szóstą popołudniu. Udało się w limicie. Jest i druga dobra wiadomość: kontynuujemy walkę do końca!
Stąd to już tylko 15km i „całe” 3 godziny, aby dobiec na metę zanim ja zamkną o 21:00. Wymęczony na podejściach, obtłuczony na zbiegach, wynaciągany na śliskich kamieniach, przemoczony w burzy muszę zebrać się na biegnięcie – cały czas do przodu, noga za nogą. Uczucie dziwne, bo czuję, jakbym gnał a zegarek pokazuje jakąś śmiesznie niską prędkość. Więcej z siebie nie wycisnę – pociesza mnie tylko to, że z szybkich obliczeń wynika, że się uda i to z bezpiecznym zapasem.



Psia Trawka, Kopieniec Wielki, Nosal… niby miało być w dół, ale jakoś nie czuć, aby grawitacja pomagała. Nogi same nie ciągną, trzeba walczyć o każdy metr i się nie zatrzymywać. Od zawodnika do zawodnika. Tu kogoś wyprzedzę, za chwilę ktoś mnie – ważne, że jest motywacja. Powoli zachodzi słońce i aż żal nie móc się zatrzymać i podziwiać widoków. W pewnym momencie widać już Zakopane i Gubałówkę na tle zachodzącego słońca – przepiękny widok.
Na pięć kilometrów przed metą pora na przymusowy postój, żeby wyciągnąć czołówkę, bo coraz częściej wbiegam pomiędzy drzewa i tam już jest za ciemno, aby biec bezpiecznie. Na 3 kilometry przed metą daję znać Aśce, że już jestem blisko. I dalej napieram, już nie po to, aby zmieścić się w limicie, ale po to, aby polepszyć czas jak tylko się da – teraz już nic mnie nie zatrzyma. Ta świadomość gra na bardzo ckliwych nutach – niby jeszcze do mety kawałek, ale mam to! Ukończyłem ten bieg – i to w skróconym limicie, po ciężkich startach w dwu wcześniejszych tygodniach, z dwoma burzami, niedźwiedziami i w tak trudnym biegowo terenie jakim są Tatry.


Meta to już była formalność, ale jakże dojmująco słodka. 16 godzin 8 minut i 27 sekund – tyle mi to zajęło. A co przeżyłem na trasie zostanie ze mną już zawsze. Warto było przygotowywać się do tego startu i wylewać pot i łzy na treningach, aby dotrzeć na tę metę. A teraz pora na drugi w tym sezonie odpoczynek przed jesiennymi startami.
No i oczywiście pora na tradycyjną już relację wideo z biegu. Zapraszam!
I oficjalne podsumowanie wideo od organizatora:

