Jak iść na żywioł to po całości. Wielkimi krokami zbliżał się mój drugi docelowy start w tym roku czyli Bieg Granią Tatr. Trzeba było się spiąć i wrócić na obroty sprzed przerwy po Lavaredo Ultra Trail. Więc długo się nie zastanawiałem, gdy Aśka zaproponowała a może 5 sierpnia pobiegniemy Ultramaraton Magurski, bo tam fajny medal mają a i organizują go nasi znajomi.
Wybór dystansu był oczywisty. Najdłuższy dostępny to 74km i prawie 2500m w pionie – jak na moje standardy to prawie płasko. Na pewno nie na tyle stromo, żeby kije miały się tu przydać.
Pobierz ślad GPX
Jedyny problem to tylko baza noclegowa, bo Krempna gdzie znajduje się start i meta biegu ma bazę noclegową wystarczającą, aby pomieścić turystów, którzy to się pojawiają, natomiast dodatkowe kilkaset zawodników oraz osób towarzyszących mocno ją wystawia na próbę. Dlatego ostatnie dni przed zapisem spędziłem obdzwaniając okoliczne kwatery, aż ostatecznie się udało.
Pierwsze wrażenie jak dojechaliśmy do Krempnej? Wioska na końcu świata, o której naprawdę można powiedzieć „za górami, za lasami” bo dojazd do niej tak właśnie wyglądał: wąska droga wiodąca przez kilkanaście kilometrów przez las, gdzie po drodze nie mija się żadnych innych śladów bytności człowieka. Choć sama miejscowość jest już całkiem spora i spokojnie można tu spędzić udany wypoczynek od zgiełku codzienności, ale jakby to nazwać: z dostępem do artykułów pierwszej potrzeby.

Gdy przyjechaliśmy w piątek wieczorem było słonecznie i ciepło. Prognoza jednak zapowiadała deszcz od wczesnych godzin rannych aż do południa. Już po północy zaczęło być słychać nadchodzącą z oddali burzę, jednak gdy wstałem, aby zdążyć na start na godzinę 5:00 cały czas było sucho – ale ulewa wisiała w powietrzu.



Na start szedłem z włączoną czołówką, ale im bliżej godziny zero tym robiło się jaśniej i ostatecznie zdjąłem czołówkę i schowałem kurtkę do plecaka. Pierwsze dwa kilometry mojej trasy to odcinek który pokonałem w drodze na start tylko, że pod prąd – Aśka i Ania, które miały wystartować w biegu na 22km z kolei kończyły tą drogą.


Jak tylko wbiegliśmy w las zaczęło padać, najpierw nieśmiało, ale rzęsiście, aż w końcu walną grom i rozlało się po całości. W sumie do południa przetoczyły się nad nami jakieś 4 burze, które leśne ścieżki poprzeplatane gęsto korzeniami zamieniły w śliski tor przeszkód. Dodatkowo jak przebiegaliśmy w okolicach Dukli grzmoty przeplatały się z wybuchami w kamieniołomie, co tylko utrudniało ocenę, czy burza się nasila czy uspokaja.

Byłem przemoczony do suchej nitki. Ani przez chwile nie czułem jednak potrzeby ubierać kurtki, bo i tak po pierwsze było już za późno, aby miała mnie osłonić, po drugie nie wiało, a po trzecie było jednak dość ciepło – więc ubranie jej tylko by powodowałoby gotowanie się we własnym pocie niż dawało jakąś realna ochronę.




Widoki jednak rekompensowały trudności związane z deszczem. Parujące lasy w oddali, mgły między drzewami i ta głęboka mokra zieleń przyrody. I tak do samego południa przez bite 7 godzin. Dopiero podczas pokonywania pasma granicznego gdzieś między Baraniem a Ożenną pogoda zupełnie się zmieniła. Chmury znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i wyszło słońce na błękitne niebo. I temperatura zaczęła drastycznie rosnąć.
Na domiar złego W Ożennej zaczął się stromy podbieg i to na otwartej przestrzeni po asfalcie. Po ponad 60 kilometrach w terenie, błocie i deszczu był to istny koszmar. Całe szczęście na szczycie odbiliśmy na chwilę do lasu zaliczając przy okazji przepiękny widok z okolic punktu widokowego na szczycie Wysokiego.




Ostatnie 4 kilometry to znów asfalt, ale przy krawędzi lasu, co pozwalało choć trochę schować się przed słońcem. Gdy pojawił się most i stopień wodny wiedziałem, że meta jest już tuż za rogiem. A na niej czekający na powracających kibice.

Polecam bieg ze względu zarówno na teren którymi poprowadzona jest trasa jak i organizację całości. Na pewno jeszcze tu wrócimy, bo było super!

