Ten rok upływał nam na kompletowaniu przeróżnych wyzwań biegowych. Jednym z nich było na pewno pokonanie trzech „duchów”. Po wiosennym Duchu Pogórza przyszła pora na letniego Ducha Sanu. Jest to 24 godzinny bieg na 10 kilometrowej pętli wiodącej po okolicach zakola Sanu w pobliżu Winnego Podbukowiny. Jest to również najbardziej kameralny z trzech duchów – limit uczestników to jedynie 50 osób.

Na zawody startujące 22 lipca zapisaliśmy się na niego całą czwórką: ja, Aśka oraz Ania z Olą. Do bazy zawodów przyjechaliśmy dzień wcześniej w piątek, 21 lipca – byliśmy na tych zawodach w podwójnym charakterze: zawodników i wolontariuszy. A sama baza mieściła się pod mostem w Sielnicy. Rozbiliśmy namioty obok znajomych wolontariuszy, którzy zdążyli pojawić się tam przed nami. Wieczorem spędziliśmy chwilę przy ognisku a w południe następnego dnia stanęliśmy na linii startu.
Pobierz ślad GPX
Jak już wspomniałem trasa biegła po pętli, której początek i koniec znajdował się pod mostem gdzie mieściła się baza zawodów, jedyny punkt odżywczy oraz nasze namioty. Całość wiodła dość „cywilizowanymi” jak na duchy ścieżkami a zaczynała się od wdrapania na Kozi Garb. Pętla była dość górzysta: każde okrążenie to prawie 500 metrów w pionie.

Nie miałem planu na te zawody. Skończyłem krótkie roztrenowanie po pierwszej połowie roku, ale nie chciałem jeszcze spinać się na tym biegu. Bardziej chodziło o spokojne wejście na objętości sprzed przerwy. Choć na samym początku chwilę analizowałem czy jest szansa na podium w moim wykonaniu. Jednak dość szybko okazało się, że mamy kilku mocnych zawodników, z którymi wygrać mógłbym jedynie gdyby z jakiegoś powodu zrezygnowali w trakcie. Biegłem więc swoje.




Pierwsza pętla zajęła mi godzinę i piętnaście minut. Podobnie dwie kolejne. Biegło się całkiem przyjemnie. Nie było ani za gorąco, ani też za duszno. Lekko nawet zanosiło się na deszcz, ale tylko postraszyło. Po trzeciej pętli zatrzymałem się na chwilę na punkcie, aby zjeść coś konkretniejszego. Przede mną jeszcze prawie 20 godzin zawodów, więc żywienie to podstawa, która pozwoli mi biec dalej.
W międzyczasie mijałem na trasie innych zawodników, a także sam byłem mijany. Mijałem Aśkę, a także Anię i Olę, które ku mojemu zdziwieniu we dwójkę pokonywały trasę ręka w rękę.

Tuż po północy po ukończeniu siedmiu okrążeń wpadłem na punkt żywieniowy, zjadłem ciepły posiłek i w związku z nasilającym się znużeniem postanowiłem pójść się przespać w namiocie – bez jakiegoś konkretnego planu o której się obudzić. Jak dla mnie te 70 kilometrów, które pokonałem były już wystarczające, więc wszystko co uda mi się do tego dodać będzie ekstra bonusem.

Wstałem już po świcie, gdy Aśka, która też się położyła spać wstała, aby dokręcić jeszcze kilka swoich kółek. Do godziny 11 pokonaliśmy jeszcze dwie pętle i pozostała godzina to było za mało, aby wyruszyć na kolejną, więc oficjalnie zakończyliśmy rywalizację: ja z 90 kilometrami na koncie i 4 kilometrami pionu; Aśka z 60 a Ania i Ola, każda po 40 kilometrów.



Po dekoracji poskładaliśmy namioty, pożegnaliśmy się ze znajomymi i wróciliśmy do domu. Ale emocje tych zawodów, ich rodzinna atmosfera i doświadczenie zdobyte na trasie pozostaną z nami na długo. Bieg ten jest z jednej strony trudny i wymagający, ale równocześnie bardzo przystępny w swojej formule, tak, że każdy może się na nim sprawdzić (aby być klasyfikowanym wystarczy pokonać pojedynczą pętlę). Polecam każdemu! A poniżej filmowe podsumowanie.

