Przyszedł czas na jeden z głównych startów tegorocznego sezonu biegowego. Bieg sam w sobie będący zwieńczeniem i równocześnie krokiem do większego celu. A mianowicie La Sportiva Lavaredo Ultra Trail.
A zaczęło się to jeszcze początkiem października 2022 roku a w sumie to nawet kilka tygodni wcześniej. Od ubiegłego roku, aby dostać się do losowania uczestników na kultowy bieg Ultra-Trail du Mont Blanc należy oprócz posiadania adekwatnego doświadczenia zdobyć losy zwane „kamieniami biegowymi”. A te dostaje się za ukończenie jednego z ok. 36 biegów na całym świecie sygnowanego logiem „by UTMB”. Gdy przeglądałem listę biegów dających szansę w losowaniu zawęziłem ją najpierw do tych w pobliżu Polski (niestety żaden nie jest rozgrywany u nas w kraju). Lista okazała się nieduża a jak zawęziłem ją do pasujących nam terminów to bieg we włoskich Dolomitach był jedynym, który na niej pozostał. I dobrze, bo każdy z biegów z tej listy był na swój sposób wyjątkowy i wybranie tego jednego w inny sposób było by strasznie trudne.
Gdy wybór mieliśmy już za sobą to pozostało już tylko czekać na uruchomienie zapisów na bieg, co nastąpiło w pierwszym tygodniu października. Ja zapisałem się na bieg główny na dystansie 120 km, natomiast Aśka zdecydowała się na udział w jednym z biegów towarzyszących na dystansie 20 km. Tutaj też, aby wziąć udział należało wykazać się ukończeniem biegów górskich na podobnych dystansach – to nie było jednak problemem. Przeszkodą okazała się dużą liczba chętnych (ok. 3 osoby na każde miejsce na wybranych przez nas biegach). Organizator na taką ewentualność przewidział losowanie, które miało się odbyć po tygodniu od zapisów. Kolejne więc dni upłynęły nam pod wielkim znakiem zapytania czy się uda.
Nadszedł więc dzień ogłoszenia wyników i z dużą radością i ekscytacją przyjęliśmy informację, że obojgu nam się poszczęściło w losowaniu. Jak najszybciej dopełniliśmy formalności, żeby potwierdzić nasz udział i zaczęliśmy powoli planować wyjazd, tak aby połączyć zawody od razu z urlopem wakacyjnym.





Do Cortiny d’Ampezzo, która była bazą zawodów, przybyliśmy wczesnym wieczorem w środę 21 czerwca. Pierwsze kroki po przyjeździe to zapoznanie się z okolicą, lokalizacją biura zawodów, miejsca startu i mety oraz pobliskich sklepów spożywczych. Aśka miała swój start w czwartek o 17, a odbiór pakietu w dzień startu z rana. Biuro zawodów znajdowało się w centrum sportów zimowych i bez problemu pomieściło wszystkich startujących zawodników oraz całkiem spore expo, gdzie można było nie tylko zaopatrzyć się w brakujący sprzęt biegowy, ale i odżywki, skosztować lokalnego jedzenia, poznać okoliczne atrakcje oraz odebrać całkiem fajne gratisy od sponsorów biegu.


Wracając na kwaterę zahaczyliśmy też o firmowy sklep La Sportiva’y – sponsora tytularnego zawodów (włoskiego producenta sprzętu sportowego i trekkingowego a przede wszystkim butów), gdzie chciałem znaleźć pamiątkową koszulkę (na expo skończył się mój rozmiar i jak się okazało, tu już też rozmiarówka została mocno przetrzebiona) a wyszedłem z nową para butów: Jackal II BOA – znałem już je wcześniej z testów i recenzji w Internecie, a tu mogłem je na żywo przymierzyć – a jak już wylądowały na moich nogach to zakochałem się w nich od pierwszego kroku, a spora zniżka z okazji festiwalu biegowego tylko ułatwiła decyzję.
Pobierz ślad GPX
Mając wolny wieczór i ponad dobę do mojego startu postanowiłem wykorzystać czas na pokibicowanie Aśce i jej współzawodnikom na trasie biegu na 20 km. Wytyczyłem sobie najkrótszą drogę na najwyższy punkt ich trasy i powrotną tak, aby móc dopingować jak największą ilość osób w obu miejscach.





Wyszło mi ok. 14 km. Zdecydowałem się też od razu wypróbować tyle co kupione buty. Całość podzieliłem na 3 etapy rozdzielone punktami kibicowania. Najpierw czekało mnie 7,5 kilometra prawdziwego verticala z 900 metrową różnicą wysokości, gdzie na Forcella Zumèles (2,072 m) spędziłem mile czas czekając od pierwszego do ostatniego zawodnika z kamerą i dzwonkami w ręku ciesząc oko przepiękną panoramą.





Stamtąd mam też chyba najfajniejsze zdjęcie z całego wyjazdu od fotografa przygotowującego relację z biegu. Jak tylko minął mnie ostatni zawodnik to zbiegłem kawałek wzdłuż trasy biegu pod prąd a potem skrótem w okolice 16 km zawodów, gdzie znalazłem fajną i równie widokową miejscówkę 500 metrów poniżej wcześniejszego miejsca.



Nie udało mi się zdążyć tu przed pierwszym zawodnikiem, ale i tak spotkałem tu ich sporą grupę zanim dobiegła do mnie Aśka. Pobiegłem za nią już na metę łapiąc po drodze kilka ujęć z biegu.




Aśka mega zmęczona, ale też bardzo szczęśliwa finiszuje mając jeszcze sporo czasu w zapasie. Pierwszy dzień rywalizacji za nami!





Z tego wieczora wyniosłem kilka wniosków: bieganie po Dolomitach jest trochę inne niż po znanych mi już Tatrach; buty się sprawdził co pchnęło mnie do decyzji, aby wystartować w nich na moim dystansie mając na przepaku Hoka Speedgoat’y w razie potrzeby; będzie gorąco, ale nie ma tragedii; oraz ostatnie, że dość dobrze zniosłem wysiłek na tej wysokości, na której będą moje zawody (czyli gdzieś tak średnio powyżej 2000 m n.p.m.).
Pobierz ślad GPX
Piątek mijał powoli na niecierpliwym wyczekiwaniu na start, który zaplanowany był dopiero na 23:00. Wiedziałem, że nie zasnę, ale mimo wszystko próbowałem przygotowując sobie wszystko zawczasu. Plecak wypchany był całym obowiązkowym wyposażeniem oraz jedzeniem na połowę drogi, drugą część miałem spakowaną w worku, który organizator dostarczył na 67 kilometr trasy na punkt żywieniowy z przepakiem.



Na starcie zjawiłem się chwilę wcześniej, aby usłyszeć ostatnie informacje organizatorów przed startem. Tłum wokół mnie gęstniał, bo samych zawodników było zapisanych 1600 a do tego dołączali chyba jeszcze liczniejsi kibice. I to kibice byli drugim najlepszym elementem tego biegu zaraz za lokalizacją zawodów. Kibice byli wszędzie, na starcie, trasie, punktach kontrolnych i mecie do ostatniego zawodnika.
Zaczynamy od wspinania się dość szerokimi uliczkami Cortiny przez pierwsze 3 kilometry trasy. Ilość zawodników nie pozwala jednak do dobre rozciągniecie się stawki na tym dystansie. A sprawa zaczyna się znienacka komplikować, gdy nagle za ostatnim domem skręcamy z asfaltu w wąską leśną ścieżkę, która równocześnie jest dużo stromsza od kończącej się właśnie jezdni. Powoduje to ogromny zator i przestój na kilka dobrych minut. Zakosami wspinamy się na szczyt pierwszego wzniesienia na trasie. Cztery kilometry ze średnim nachyleniem 12% mocno daje się we znaki a to najmniejsze z czekających nas na trasie podejść. Temperatura jest wysoka a to dopiero środek nocy. Wolę nie myśleć co będzie dalej w ciągu dnia.

Teraz pora na pierwszy zbieg. Jest krótki, ale bardziej stromy niż podejście i do tego mocno techniczny. Za dnia czułbym się tu jak ryba w wodzie, ale po ciemku, w tłumie i praktycznie na początku wyścigu nie chcę przeszarżować a już na pewno chciałbym uniknąć jakiejś głupiej kontuzji. Zbiegam więc uważnie i nie na 100% swoich możliwości. Dopiero gdy jestem znów na dole, na szerokiej szutrówce przyśpieszam do prędkości przelotowych.
Na pierwszy punkt odżywczy na 19 kilometrze dobiegam na 30 minut przed planowanym czasem. Jest do długi zamknięty namiot, gdzie wchodzi się z jednej strony, przechodzi wzdłuż stolików i wychodzi z drugiej strony. Jednak tłum ludzi nie pozwala mi się nawet zorientować co leży na stolikach. Dobrze, że nic nie potrzebuję. Przeciskam się do wyjścia i lecę dalej w noc.
A za punktem tłum nagle zelżał. Dalej biegnę mając w zasięgu wzroku kilkanaście osób, ale jest to kilkukrotnie mniej niż na pierwszym etapie zawodów. Główna część tego kawałka trasy to stosunkowo lekki siedmiokilometrowy podbieg. Biegniemy na tyłach grani na którą w czwartek Aśka wspinała się na swoich zawodach. Po zdobyciu szczytu czeka nas kolejny bardzo szybki zbieg – tym razem jest i luźniej i minimalnie jaśniej (chociaż do świtu jeszcze dużo brakuje) – który pokonuję bawiąc się każdym jego metrem.

Na drugi punkt odżywczy (Passo Tre Croci na 28km) wbiegam mając kolejne 20 minut zapasu do planu. Uzupełniam napoje we flaskach, łapię szybko jakieś przekąski w garść i wychodzę na dalszą drogę. Trzeba dokończyć zbieg, który ciągnie się jeszcze przez 3 kilometry. Następnie zaczyna się wspinaczka w kierunku Misuriny. Pod względem długości i przewyższenia porównywalny jest on do pierwszego podbiegu na trasie, jednak jestem już rozgrzany, droga jest szersza, na trasie jest całkiem luźno i zbliżający się świt zaczyna nam serwować przepiękne krajobrazy przebijające spomiędzy drzew, więc w dużej mierze pokonuję go biegiem.
W Misurinie (42km) czeka nas kolejny punkt odżywczy. Jedna trzecia drogi za mną. Jest godzina 5:30 i słońce jest już całkiem wysoko, co pozwala się pierwszy raz tego dnia cieszyć otaczającymi miejscowość górami. Do tego górskie jeziora, które tu obiegamy dodają dodatkowego klimatu. Błękit nieba, biel gór, zieleń lasów i woda – widok, który zapiera dech w piersiach.



Tak byłem zaaferowany przyrodą, że zapominam o czołówce na głowie, której mogłem się pozbyć podczas postoju na punkcie. Dopiero po chwili gdy słońce zaczyna dokuczać, zatrzymuję się nad brzegiem jednego z jeziorek, aby ją zdjąć i ubrać na jej miejsce czapkę i okulary.
Następne siedem kilometrów to wspinaczka na najwyższy i zarazem najbardziej rozpoznawalny punkt trasy: Tre Cime Di Lavaredo. Trasa przebiega tu na wysokości prawie 2500 metrów, a średnia wysokość na całej trasie to prawie 2000 metrów – jednak nie czuję, żeby to był problem dla mnie, co jest tym dziwniejsze, że w Polsce na takiej wysokości praktycznie biegałem raptem parę razy w życiu.




Pod Tre Cime znajduje się schronisko Rifugio Auronzo, gdzie możemy uzupełnić wodę i od niego zaczynamy obiegać „trzy siostry”, by po ich północnej stronie zacząć długi na 9 kilometrów i bardzo stromy zbieg. Rozpuszczam nogi i daję się na nim ponieść fantazji. Zdaję sobie sprawę, że za tę szarżę trzeba będzie zapłacić, ale wiem też, że po zbiegu jest dość długi płaski odcinek wiodący do kolejnego punktu żywieniowego i przepaku, więc będzie chwila, aby odsapnąć chwilę od górek.

Na tym odcinku udaje mi się przypiąć do zawodnika z Czech, z którym udaje się dłuższą chwilę pogadać – co w brew pozorom nie jest na tej trasie proste. Próby zagajenia do kogoś po angielsku kończą się w większości przypadków zdawkowym: „I don’t speak English” – i to niezależnie od wieku zawodnika. Więc te kilka kilometrów biegu było bardzo przyjemną odmianą.
Na przepaku w Cimabanche (67km) uzupełniam tylko płyny i biorę swoje przekąski z zapasu na drugą część drogi. Buty jak na razie okazały się rewelacyjne, więc postanawiam ich nie zmieniać i pobiec w tych nowych do samego końca.

Zaraz za punktem czeka nas dość konkretna wspinaczka. Jedna górka, gdzie na 5 kilometrach wspinamy się 500m do góry a potem zbiegamy w dół do przystanku Malga Ra Stua na kolejny popas. Ale to nie teren jest tu problemem a pora dnia. Zaczyna się południowy żar. Na podejściu chronią nas przed nim dość gęste drzewa, ale zbieg jest już otwartą przestrzenią. Całe szczęście widoki cały czas rekompensują trudności: morze zieleni i biel dolomitów na tle błękitu nieba. Znów uzupełniam tylko izotonik i kontynuuję bieg w dół przez kolejny kilometr.

I jeżeli ostatnia góra wydawała się męcząca to co czekało nas teraz to istna masakra. Podobne nachylenie góry jako ostatnio ale dwa razy dłuższe i w dużej mierze na otwartej przestrzeni. Las chroni nas tylko na początkowym odcinku wiodącym w pobliżu potoku Fanes oraz wodospadów w kanionie przez niego wydrążonym. Niestety im wyżej się wdrapaliśmy tym mniej drzew, aż w końcu wyszliśmy na ścieżkę trawersującą ścianę kanionu. Ścieżka się wiła, jednak słońce operowało prawie pionowo, więc nie było szans na cień. Do pokonania w tych warunkach było tylko kilkanaście kilometrów, ale woda do picia kończyła się błyskawicznie.



Równie szybko woda ze strumieni służąca dotychczas do zwilżania głowy, karku, oraz obmycia twarzy zaczęła służyć jako uzupełnienie opróżnianych flasków. I to nie tylko mnie. Gdy z trawersu wpadliśmy na olbrzymią dolinę otoczoną dookoła górami z dnem wysypanym drobnymi białymi kamieniami słońce po prostu wykańczało. Wody ledwo starczało od strumienia do strumienia. A przy każdym z nich zbieraliśmy się w grupie i każdy ratował się jak się tylko da.
Gdy doczłapaliśmy do odległego końca doliny droga znów nabrała stromizny i wśród kosodrzewiny, która nagle pojawiła się przy szlaku wspinaliśmy się na grań. W pewnym momencie nastąpiło przełamanie i przed nami pojawiła się piękna zielona dolina i mała chatka przy której była studnia i grupka ludzi. Był to jeden z punktów kontrolnych (89km) w którym mogliśmy uzupełnić jedynie wodę. Niektórym z zawodników udało się tu nawet załapać na zimne piwo (chłodzone w wodzie ze studni), którym częstowali kibice.




Następne 20 kilometrów to prawdziwy rollercoaster widoków, nachylenia i emocji. Biegaliśmy zakosami góra dół. Mijając po drodze dwa duże schroniska z punktami żywieniowymi i masą kibiców oraz kilka mniejszych z wodą. Słońce przestało tak dokuczać a krajobraz urozmaiciła piękna zieleń łąk a na niebie pierzaste obłoki. Na trasie pojawiły się tunel w skale, ruiny szpitala z czasów I Wojny Światowej przyklejone do ściany mijanej góry, stoki narciarskie i rumowiska skalne. Oczywiście wszystko na tle Dolomitów.



W końcu dobiegam na 110 kilometr trasy i po krótkiej wspinaczce na niedużą grań na wysokości prawie 2300m n.p.m. docieram do kulminacyjnego punktu trasy: ostatni podbieg; stąd już jest tylko w dół. Ostatni wysiłek to zbieg i niwelacja tysiąca metrów w pionie zanim po 10 kilometrach biegu odpocznę na mecie. Jest godzina 20:00. W najgorętszym momencie dnia straciłem zapas czasu wypracowany na początku, ale ogólnie jestem zgodnie z oryginalnym planem, co na tak „nieznanym dla mnie terytorium” jest super wynikiem. Teraz tylko dowieźć to do końca.

Po kilometrze zbiegu mamy na trasie jeszcze ostatni punkt żywieniowy, ale omijam go odbijając wyłącznie swojego czipa pomiarowego na punkcie kontrolnym. Biegnie mi się dobrze. Teren jest trudny, zbieg ostry a ja zmęczony, ale biegnę w dół nie zatrzymując się po drodze. Wyprzedzam co chwilę kogoś, kto zmęczony nie może już zbiegać. A mnie do mety pcha myśl, że lodziarnia w pobliżu mety jest otwarta tylko do 22:00, więc muszę się spiąć, aby zdążyć przed zamknięciem.
Gdy dobiegam do mety jest już ciemno. Jednak gdy tylko wpadamy w granice Cortiny przy trasie są spore grupy kibiców. A w samym rynku prawdziwe dopingujące tłumy. A wśród nich ci moi najbliżsi. Udało się! A może inaczej: zrobiłem to! Jak to ktoś kiedyś powiedział, że w przebiegnięciu maratonu nie jest najtrudniejsze te 42 kilometry, które trzeba pokonać podczas zawodów, ale te tysiące kilometrów pokonane podczas treningów do niego. Tak, dzięki pracy przez ostatnie miesiące mogłem się dziś cieszyć i trasą i krajobrazami i rywalizacją, a wszystko to w spokoju i na własnych warunkach. Było ciężko, momentami nawet bardzo, ale w żadnym momencie trudności mnie nie przerosły. Było idealnie.

121 kilometrów i prawie 5800 metrów w pionie pokonałem w 22 godziny i 38 minut. Na mecie zamiast medalu dla finiszerów przewidziano rewelacyjne pamiątkowe kurtki od La Sportivy – sponsora tytularnego biegu (choć choćby najprostszego medalu na pamiątką trochę żal – ale to taki mój zbieraczczy fetysz). No i zdążyłem do lodziarni!






W Cortinie spędziliśmy jeszcze półtorej dnia i rodzinnie wybraliśmy się na wspinaczkę pod Tre Cime Di Lavaredo a potem pojechaliśmy na tydzień na południe nad włoskie morze, aby odpocząć po mocnym treningowo okresie i naładować akumulatory przed jego drugą połową. Jeden tegoroczny cel zrealizowany. Pora na kolejne.

Poniżej prawie godzinny materiał z naszego wyjazdu do Cortiny – tak aby dopełnić ten i tak już przydługi opis!

