Jak się w tydzień po Niepokornym Mnichu i maratonie w Krakowie znaleźliśmy na kolejnych zawodach? To był moment! Eliminator przybył do Ustrzyk Dolnych na Kamienną Lawortę, więc ciężko było sobie odmówić tej przyjemności, skoro było to tak blisko.


Koncepcja biegu jest prosta: zabawa składa się z 4 etapów i po każdym z nich z zabawy wyeliminowanych zostaje 25% początkowej liczby najwolniejszych zawodników (osobno kobiet i osobno mężczyzn). Reszta przechodzi do kolejnych etapów. A trasa biegu to ok. 1km podbieg na stok narciarski i pokonanie ponad 250m w pionie. Oczywiście trzeba jeszcze poza konkursem zejść na dół na początek kolejnego etapu (o ile się do niego zakwalifikowało). Dodatkowo jako bonus po 4 etapach każdy niezależnie od tego jak mu wcześniej poszło może wystartować w rundzie dodatkowej: jej zwycięzca (kobieta i mężczyzna) zdobywa nagrodę specjalną. Tyle i aż tyle!
Pobierz ślad GPX
Pierwszy etap mężczyzn wystartował równo o 11:00. Początek w miarę płaski dość szybko robi się stromy. Nogi palą, a płuca pompują olbrzymie ilości powietrza. Po 500 metrach nachylenie się zmniejsza na ledwo moment i można przyśpieszyć. W uszach słychać tylko tętent pulsu. Przebiegamy przez fragment stoku porośnięty czosnkiem niedźwiedzim, którego zapach wypełnia wdychane powietrze. I znów rośnie przed nami ściana. Długa na 400m i majacząca na szczycie meta, na którą wejście strzeże topór, który spadnie gdy limit zakwalifikowanych do następnej tury zostanie osiągnięty. Udaje mi się pokonać dystans w 12 minut i 45 sekund. I awansuję do drugiej rundy. Odpadło 11 z 43 zawodników. Tylko czy jest z czego się cieszyć, że jestem dalej w grze? Znów będzie bolało: paliły mięśnie i płuca. A to tylko kilometr, ale za to jaki!



Truchtem zbiegam w dół. Powoli, ale nie obijając się, bo start kolejnych etapów zaplanowany jest co 30 minut.
Gdy tylko ostatnia kobieta z pierwszego etapu dobiega na górę startuje drugi etap mężczyzn. Odpoczęliśmy chwilę dłużej niż było zaplanowane. I zabawa się powtarza. Walczę, ale w rywalizacji zostali naprawdę mocarni zawodnicy. Tym razem kończę podbieg 2 minuty wolniej i nie udaje się awansować dalej. Dałem z siebie wszystko. I nie jest też mi żal. Mogę odpocząć. Schodzę w dół powoli zatrzymując się po drodze i dopinguję walczących w kolejnych etapach.


Gdy główna rywalizacja dobiega końca przychodzi czas na rundę dodatkową. Wiem, że dużo nie ugram, ale mam ochotę jeszcze raz się zmierzyć z wyzwaniem. I znów walczę o każdy metr góry. I dobiegam na szczyt 30 sekund szybciej niż poprzednim razem. Jest satysfakcja!
Polecam taką zabawę każdemu. Jest to prawdziwa rzeźnia, ale też kuźnia charakteru. Warto dać się wyeliminować!
A poniżej relacja filmowa z zawodów:

