Kontynuujemy naszą przygodę ze zdobywaniem Korony Maratonów Polskich: czwarty z pięciu to Kraków po raz drugi (w związku z rezygnacją Wrocławia z organizowania maratonów, regulamin wymaga od nas powtórzenia jednego z pozostałych).
Trudność tego startu dla nas to przede wszystkim termin biegu: razem z Aśką przebiegliśmy tydzień wcześniej maraton w Dębnie, a ja dzień wcześniej miałem zaplanowany start na ponad 95km na Niepokornym Mnichu w Szczawnicy. Prawdziwy sprawdzian radzenia sobie ze zmęczeniem i tak dużym obciążeniem.
Do tego nasza Ania chciałaby pobiec bieg na 10km rozgrywany w sobotę w nocy i liczyła, że uda mi się z nią pobiec dla towarzystwa – dycha w tą czy w drugą stronę to już dla mnie bez znaczenia, szczególnie, że tempo będzie spokojne. Teoretycznie, dałoby się też to wszystko pogodzić tj. dojazd po Niepokornym Mnichu ze Szczawnicy do Krakowa, jeżeli nie wydarzy się nic niespodziewanego na trasie biegu czy podróży powrotnej. W skrócie: zgodziłem się jej towarzyszyć o ile tylko się uda.
Odbierając też pakiety dla nas wszystkich w sobotę przed południem Aśka z Anią spontanicznie zapisały się i wystartowały w Mini Cracovia Maratonie (4,2km na pętli wokół Błoni) – a czemu nie!
Wracając ze Szczawnicy dwugodzinną jazdę spędziłem z schładzając nogi klimatyzacją skierowaną bezpośrednio na nie. W Krakowie pojawiłem się o 20:40, czyli miałem całe 40 minut do startu. Na miejscu szybko się przebrałem z ciuchów, w których kończyłem Mnicha na świeże. Wziąłem też najbardziej miękkie buty jakie mam (Hoka Bondi) – tak na wszelki wypadek, bo stopy i stawy były zmęczone, ale nie zmasakrowane; mięśnie z kolei to zupełnie inna sprawa, czułem każde włókno przy napinaniu. Zawczasu poprosiłem też Aśkę o to, aby kupiła mi jakąś sytą pizzę – ją też zdążyłem zjeść przed startem (no może nie całą, ale tyle ile weszło w locie). Kwadrans po dziewiątej byłem już z Anią na rynku wśród innych biegaczy.
Pobierz ślad GPX
Trasa Igrzyskowego Biegu Nocnego startuje jak maraton spod kościoła Mariackiego, następnie obiega bulwary Wisły od Jubilata do kładki Ojca Bernatka a następnie deptakiem przez Planty kieruje się do Rynku do mety.



Bieg nocną porą po Krakowie ma swój urok i niepowtarzalny klimat. Do tego kibice na trasie (zarówno ci czekający na biegaczy jak i ci z przypadku). Nogi po prostu same niosą. Nawet pomimo zmęczenia. Ustaliliśmy z Anią plan na równe tempo, tak aby pobiec w okolice jej rekordu na 10km. I tak też go zrealizowaliśmy.




Biegliśmy swoje, bez przerwy, aż do 5km do punktu z wodą. Tam na chwilę przeszliśmy do marszu, by dać Ani wytchnąć i aby uzupełnić spokojnie płyny. I ruszyliśmy od razu na drugą połowę cały czas założonym tempem – jednak Ania z każdym kilometrem musiała w to wkładać coraz więcej samozaparcia, aby nie zwolnić. A ja musiałem coraz bardziej się angażować, aby ją zdopingować.



Ostatecznie dobiegliśmy do mety i Ania skończyła bieg z nową życiówką. Ja z kolei upewniłem się, że maraton, który mnie czeka nazajutrz powinno się dać ukończyć.
Pobierz ślad GPX
Noc minęła szybko. Z Aśką zaplanowaliśmy, że będziemy biegli „na przeżycie”. Start z grupą na 4 godziny i 45 minut i w razie potrzeby mamy ponad godzinę zapasu do limitu zawodów. Naszą grupę prowadził jako pacemaker Edmund, który biegł już z nami rok temu w Krakowie i tydzień wcześniej w Dębnie. Szykował się gorący dzień, więc trzeba było pamiętać, aby dbać o nawodnienie na całej trasie a ja dodatkowo musiałem konsekwentnie pilnować też jedzenia przy każdej możliwej okazji, bo zapasy wyeksploatowałem dzień wcześniej podczas ultra w Pieninach. Mimo całego wysiłku z poprzedniego dnia czułem się nad wyraz dobrze. Na nogi wziąłem Hoka Bondi X (bardziej dynamiczna wersja butów, które miałem dzień wcześniej w nocy na dyszce), zamiast tradycyjnej koszulki bokserkę, na głowę okulary i czapkę a do kieszeni woreczek z pastylkami z elektrolitami i awaryjnie dwa żele energetyczne.




Nasza grupa wystartowała jakieś 12 minut po dziewiątej rano. Biegliśmy spokojnie, nawet się hamując, razem z grupą aż do pierwszego punktu z jedzeniem i wodą na 5km (Cichy Kącik). Woda na kark, kubeczek izotonika do picia i jedzenie do garści. Od tego momentu punkty z jedzeniem i wodą, oraz z samą wodą miały być na zmianę co ok. 2,5km aż do samej mety.
Zanim dobiegliśmy do kolejnego punktu w okolicach stadionu Cracovii zdecydowałem, że wybrane przez nas tempo jest za wolne i postanowiłem troszkę przyśpieszyć. Zostawiłem Aśkę, która biegła swoje (jak się potem okazało, nie zauważyła, że wydarłem do przodu i aż do mety nie do końca wiedziała czy jestem z przodu czy z tyłu) i zacząłem powoli wyprzedzać zawodników przede mną.




Trasa krakowskiego maratonu składa się z kilku dużych i bardzo dużych „agrafek”, gdzie biegnie się odcinki po kilkaset metrów w jedną stronę, by potem zrobić nawrotkę o 180 stopni i biec w przeciwnym kierunku równoległą trasą – można zobaczyć dzięki temu zawodników przed i za sobą. Pozwalało mi to obserwować jak powoli zbliżałem się do znajomych aż w końcu ich doganiałem i wyprzedzałem.





I tak od punktu do punktu, od znajomego do znajomego dobiegłem do mety z czasem 4 godziny i 30 minut. Poczekałem jeszcze na mecie chwilę na Aśkę i oficjalnie mogliśmy z sukcesem zakończyć 4 etap walki o koronę maratonów. I wreszcie mogliśmy odpocząć intensywnych ostatnich 8 dniach.


Poniżej relacja wideo z Igrzyskowego Biegu Nocnego:
Oraz z maratonu:

