Niepokorny Mnich to kolejny element do układanki Korony Polskich Ultramaratonów. Rozgrywany jest w Szczawnicy w ramach biegów organizowanych przez Pieniny Ultra-Trail (kiedyś Biegi w Szczawnicy). A jego 96 kilometrowa trasa biegnie przez pasmo Pienin, Gorców i Beskidu Sądeckiego.
Start biegu zaplanowany był na pierwszą w nocy w sobotę. A dodatkowo w ten sam weekend w Krakowie rozgrywany jest jubileuszowy 20. Cracovia Maraton (w niedzielę) i Krakowski Bieg Nocny (10km w sobotę o 21:30) – jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi zamierzam ogarnąć je wszystkie (pamiętając, że tydzień wcześniej biegliśmy z Aśką maraton w Dębnie).
W związku z tym po pracy w piątek spakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do Krakowa, gdzie zostawiłem moje dziewczyny (które miały ogarnąć odbiór pakietów na krakowskie biegi) a sam od razu pojechałem do Szczawnicy po odbiór pakietu na Niepokornego mnicha.
Przyjechałem na tyle wcześnie, że udało mi się zaparkować na dolnej płycie parkingu, gdzie na górnej znajdował się zarówno start jak i meta mojego biegu. Przygotowałem więc sobie w aucie cały sprzęt biegowy, przebrałem i próbowałem zdrzemnąć na fotelu przez niecałe trzy godziny jakie zostały mi do startu.
Pobierz ślad GPX
Punktualnie o 1:00 ruszyliśmy w mrok na trasę – było całkiem ciepło jak na noc w górach o tej porze roku. Jednak nie na tyle, aby biec bez kurtki (a jeżeli ja nie mam zamiaru jej ściągnąć, to znaczy że jest zimno). Bieg mam rozplanowany na 17 godzin. Dodatkowo zmieszczenie się w tym czasie pozwoli mi bez stresu po biegu udać się do Krakowa i wystartować z moją Anią na nocnej dyszce. Ania na mnie bardzo liczyła, więc miałem dodatkową motywację, aby dać z siebie wszystko.
Na całej trasie biegu mamy do zebrania ok. 5000m w pionie, więc już za startem zaczynamy pierwsze podejście na Dzwonkówkę. Stamtąd zbiegamy żwawo do Krościenka nad Dunajcem, gdzie mamy pierwszy punkt żywieniowy i to taki na wypasie. Łapię w rękę proziaka, serek owczy i jakąś kiełbaskę, i ruszam w dalszą drogę.


Przekraczamy w Krościenku Dunajec i kierujemy się na Lubań – szczyt z wieżą widokową, którą miałem już okazję wielokrotnie nawiedzać i to o różnych porach roku przy okazji innych biegów w okolicy. Mimo, że ciągle jest ciemno, znajoma trasa pozwala racjonalnie rozłożyć siły. Ku mojemu zaskoczeniu gdy docieramy w pobliże szczytu zamiast skierować się na samą wieżę odbijamy na północ w kierunku Tylmanowej i zaczynamy zbieg.
A zbiegi to ja uwielbiam, szczególnie, że zaczyna już być widno.
Mija moment i jestem na dole (no, może w rzeczywistości chwilę to trwało, ale biegnąc na złamanie karku w dół na pełnym skupieniu czas płynie inaczej). A na dole czeka już na mnie kolejny punkt żywieniowy, również ze stołami uginającymi się od jedzenia. Tym razem stoję przed dylematem: bułka z serem czy szynką? Na obie mam ochotę! Biorę więc bułkę z szynką a z sąsiedniego stołu łapię kolejny serek owczy i pakuję go w środek kanapki – nie zatrzymuję się tylko ruszam dalej. Kątem oka zauważam tylko baner za stołami z napisem: „Uśmiechnij się jeśli nie masz majtek!” – na którego widok się uśmiechnąłem, a potem gdy dotarł do mnie jego sens uśmiechnąłem się jeszcze bardziej (a majtki i tak miałem)!
W nogach mam już ok. 30 kilometrów i trochę ponad 4 godziny biegu.

Zaczynamy trzeci i chyba najdłuższy podbieg na tym biegu. Kierujemy się znów na Dzwonkówkę, ale tym razem nie zatrzymujemy się na niej a pniemy się jeszcze wyżej w kierunku na Przehybę.
I tu zaczyna się bajka! W pobliżu najwyższych partii gdy otwierają się nam co jakiś czas „okienka” (polany) między drzewami na południe widzimy skąpane w porannym słońcu Tatry. Całe pasmo widoczne jak na dłoni – co jest pewnie zasługą chłodnego powietrza, które jest przez to krystalicznie czyste. Widok jest nieziemski i rekompensuje w dwójnasób trudności trasy.


Gdy docieram na Przehybę na punkcie żywieniowym uzupełniam braki w wodzie, zjadam ciepłą zupkę i rozbieram się szykując na nadchodzący gorący dzień. Jestem gdzieś ok. połowy trasy a na zegarku dochodzi 8:30. Idzie bardzo dobrze – ale tak zazwyczaj jest na nocnych partiach. W skwarze dnia będzie już dużo ciężej.
Nie ma się jednak czym przejmować, gdy przede mną kolejny zbieg. Tym razem lecimy do Rytra. Wyprzedzam na zbiegu zawodników. Ale jeszcze więcej na punkcie w Rytrze, który jest równocześnie przepakiem dla mojego dystansu (ja nie planowałem z niego korzystać, ale większość zawodników przygotowała tu dla siebie torbę z rzeczami na zmianę czy uzupełnienie – ja wszystko co potrzebowałem niosłem ze sobą od startu). Uzupełniam tylko wodę i lecę dalej – nie miałem potrzeby zatrzymywać się tu na dłużej, szczególnie, że od ostatniego punktu nie minęło za dużo czasu.



Wyjście z Rytra to morderczy podbieg odkrytą trasą na Niemcową w pełnym słońcu. Dodatkowo po zbiegu w Kosarzyskach jest punkt tylko z wodą – ale za to jaką! Lodowata! Uzupełniam flaski i zaczynam wspinaczkę na ostatni grzbiet.
Schronisko na Obidzy i następny punkt żywieniowy (75km biegu) jest „poza trasą” tj. musimy spory kawałek z grzbietu zbiec w dół a następnie tę samą droga wrócić na górę. Całe szczęście, że ten punkt żywieniowy rekompensuje te dodatkowe metry.

Gdy wracam na górę spotykam dwóch biegaczy, z którymi od tego momentu pokonuję wspólnie kolejne kilometry przy miłej rozmowie. Dodatkowo czujemy, że noga podaje a jak któryś z nas chciałby zwolnić, to jednak grupa bardziej motywuje do wytrzymania tempa. Patrząc na zegarek widzę, że mam już ponad godzinny zapas do planu – rewelacja!
Aż tu nagle GROM! Nie z nieba a z żołądka… czy to za szybkie tempo, czy ogólne zmęczenie, czy może coś z punktu mi nie podeszło… nie wiem, ale brzuch nie pozwala mi biec. Mam jakieś 12 kilometrów do mety a tu takie hece. Przechodzę do marszu, ale i to jest problemem. Staję. W słońcu jest za gorąco, więc schodzę w bok pod drzewa do cienia, tu z kolei zaczyna mną trząść z zimna. Próbuję zmusić się do wymiotów i zwrócenia tego co zalega mi w żołądku, ale i z tym jest problem. Mijają minuty. Mam spory zapas czasu, więc o ukończenie biegu się nie martwię. Trzeba tylko się ruszyć. Byle do punktu żywieniowego, a tam ciepła herbata lub cola może pomogą. Wstaję i próbuję zrobić pierwszy krok. I następny. Z każdym kolejnym jest troszkę łatwiej. Spokojnym marszobiegiem idę do przodu. Patrzę na zegarek: kilkadziesiąt minut uciekło.. nie mam pojęcia gdzie.
Gdy dobiegam na punkt nie ma herbaty – dopiero się gotuje nowa porcja, ale jest cola. Muszę też coś zjeść, ale co? Wśród sporego wyboru jedzenia mój wzrok przyciąga kawałek ciasta. Wygląda jak piernik. Oby nie był słodki, bo nie zdzierżę. Okazuje się idealny: lekko wytrawny, z orzechami – jem powoli, ale wiem, że to jest to co zadziała. Biorę więc drugi kawałek na drogę i ruszam dalej.


Patrzę na zegarku na pozostały kawałek trasy: zostało 5km zbiegu do Szczawnicy. Biegnę. Aż tu nagle spore zagęszczenie oznaczeń trasy i strzałki, pokazujące, żeby zejść ze szlaku turystycznego w bok.. pod górę! To taka niespodzianka organizatora w postaci premii górskiej, gdzie ma być wyłoniony najszybszy zawodnik z każdego dystansu jaki tędy przebiega. No nic. Trzeba znów wspiąć się na kolejną górkę. Na szczycie szybki rzut oka w w lewo na panoramę Tatr i zbieg. Tym razem już praktycznie do samej mety.
Ostatni zbieg jest momentami jest bardzo techniczny, wąski a równocześnie od tyłu dobiegają mnie sprinterzy z krótkich dystansów i musimy się tu jakoś mijać.
Gdy trasa delikatnie się poszerza i robi troszkę bezpieczniejsza „przypinam” się do jednego z tych sprinterów i próbuję dotrzymać mu tempa do mety. Powoli mi ucieka, ale i tak udaje mi się trzymać za nim prawie do końca.
Wpadam na asfalt i końcowe metry na metę na parkingu z którego startowaliśmy. I naglę słyszę doping i „Kuba dawaj!”. Tego się nie spodziewałem, że spotkam kogoś znajomego wśród kibiców: Julia dzięki za miłe zaskoczenie! A jeśli Julia jest wśród kibiców, to na trasie musi być też Gabryś Kuropatwa, więc zaczynam się zastanawiać jaki dystans może biec. Wpadam na metę i gdy się odwracam wbiega za mną Gabryś, kończąc bieg na 11km.



Ja zaś kończę mając w nogach przebiegnięte ponad 97km i udaje mi się zmieścić w zaplanowanych 17 godzinach biegu (dokładnie 16h i 51min). Mogło być dużo lepiej, ale i tak jestem zadowolony, że udało się przezwyciężyć przeciwności i jeszcze utrzymać przewagę w stosunku do planu. A sam bieg mogę z czystym sercem polecić: było na nim wszystko po trochu i każdy znajdzie na pewno odcinek, który przypadnie mu do gustu. Do tego widoki rekompensują wszelkie trudy. Było ekstra!
Ps. Udało się wrócić do Krakowa na czas, aby pobiec z Anią nocną dychę!
A poniżej tradycyjna już relacja filmowa:

