Jak znaleźliśmy sobie bieg w Dębnie, po asfalcie i na drugim krańcu Polski? Wszystko za sprawą Aśki (i też mojego) pomysłu na skompletowanie Korony Maratonów Polski (tych asfaltowych, nie ultra). Zrodził się on rok temu po ukończeniu Aśki pierwszego maratonu w Krakowie. Gdy już opadł kurz po rzuconych w kwietniu 2022 roku na mecie brzemiennych : „Nigdy więcej!” podjęliśmy wyzwanie skompletowania 5 najstarszych maratonów Polskich w ciągu 24 miesięcy. Kraków, Warszawa, Dębno, Poznań i Wrocław. Z racji tego, że Wrocław zrezygnował z organizacji swojego nas objął regulamin, który pozwala na jego miejsce powtórzyć dowolny inny z pozostałych czterech (dla osób zaczynających starania o koronę od 2023 roku /nie nas/ regulamin wymaga ukończenia tylko czterech maratonów w dwa lata). Więc po Krakowie była we wrześniu 2022 roku Warszawa i teraz przyszedł czas na Dębno. A więc ruszyliśmy w ponad 800km podróż.
Dębno jest położone w województwie zachodniopomorskim i liczy ok. 13 tysięcy mieszkańców. Jest stolicą najstarszego w Polsce maratonu i w tym roku odbywa się jego 49. edycja. Jak się można domyśleć miejscowość nie jest w stanie „pomieścić” trasy biegu w swoich granicach, więc nie dość, że trasa składa się z dwu pętli (mniejszej i większej), które pokonuje się kilkukrotnie, to wybiega ona daleko poza granice miasta i biegnie przez okoliczne wioski, pola i lasy (cały czas utwardzoną nawierzchnią). Trasa biegu jest przez to bardzo urozmaicona, przez co powtarzanie pętli nie jest tak męczące.
Pobierz ślad GPX
Maraton Dębno jest też inny od pozostałych także z innego powodu: limit czasu na jego pokonanie to tylko 5 godzin (zazwyczaj jest to 6 albo i więcej) – więc nie ma mowy o marudzeniu i trzeba pilnować się i założonego planu.

Przyjechaliśmy na miejsce dzień wcześniej późnym popołudniem, odebraliśmy pakiety startowe i udaliśmy się Kostrzyna nad Odrą (ok. 20 km na południe od Dębna, tuż przy granicy) gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg (baza noclegowa w samym Dębnie jest niewielka). Wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu okolicy.





W dniu startu spakowaliśmy się, wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do Dębna – skąd zaraz po biegu mieliśmy ruszyć w podróż do domu. Pogoda była biegowa: chłodno (a nawet zimno) pochmurno i z mżawką. Tuż przed startem przestało padać, ale nie zrobiło się duszno – co dobrze wróżyło.


Nasz plan na bieg był, aby go pokonać w okolicy 4 godziny i 30 minut a 4 godziny i 45 minut. Trenowaliśmy na tę szybszą opcję, ale z powodu Aśki kontuzji kolana lepiej było być gotowym na gorszy wariant. Zostawał nam jeszcze kwadrans zapasu do limitu – dość ciasno.
Ruszyliśmy z grupą celującą na cztery i pół godziny.


Pierwsze kilometry szły w miarę dobrze. Kibice co kawałek na trasie dodawali energii, poznawaliśmy najpierw małą (miejską) a potem większą (podmiejską) pętlę. Powoli też z każdym punktem żywieniowym na trasie przesuwaliśmy się bliżej grupy, która biegła 15 minut wolniej od naszej startowej.






Bieg po pętli to jeszcze jedna ciekawostka: w pewnym momencie zostaliśmy zdublowani przez najszybszych zawodników. A ostatecznie mijając kolejny raz „metę” przebiegając obok niej byliśmy świadkami finiszu zwycięzcy biegu.





W okolicy 30 kilometra Aśkę dopadł kryzys, ciężko jej się biegło, nie dawała rady nic zjeść, aby nabrać energii. Mieliśmy jeszcze ten nas kwadrans zapasu, więc starałem się tylko delikatnie ją motywować i pilnować, abyśmy cały czas poruszali się wolno, ale do przodu. W pewnym momencie spotkaliśmy nawet podobna do naszej parę dwu kolegów z okolic Gdańska, z których jeden też zmagał się z problemami (skurcze w nogach) – postanowiliśmy się więc zamienić na chwilę „podopiecznymi” licząc, że motywacja od nowej osoby pomoże. Aśce minimalnie pomogła, natomiast mój kolega fizycznie nie był w stanie utrzymać tempa, potrzebnego aby się zmieścić się w limicie 5 godzin i jak zegarek zaczął mi pokazywać czas dotarcia na metę z 10 minutowym opóźnieniem rozstaliśmy się (on ostatecznie dobiegł na metę niewiele po limicie) i mocno przyśpieszyłem, aby dogonić Aśkę, która spory kawałek odbiegła mi do przodu.

Gdy ją dogoniłem, ona też zaczynała już coraz bardziej zwalniać i częściej przechodzić do marszu. Policzyłem więc na szybko ile zostało nam dystansu do pokonania oraz jaki mamy limit czasu – od tego momentu twardo trzymałem nas w tempie, aby dobiec na metę z kilkuminutowym zapasem. Co pół kilometra weryfikowałem, czy realizujemy plan awaryjny. Mimo trudności, udawało się. Zaczęliśmy też wyprzedzać pojedyncze osoby – dzięki temu morale dawało jakoś radę.



Na sam koniec wpadamy na ostatnie częściowe okrążenia na małej pętli po Dębnie. Odliczamy sekundy do limitu i metry do mety – wiemy, że się uda! Ale czeka nas jeszcze ten ostatni wysiłek. Walczymy, nawet dość mocno przyśpieszamy i wpadamy na metę z czasem 4 godziny 56 minut i 26 sekund.



Udało się! Kończymy nasz trzeci i zarazem najtrudniejszy maraton z Korony. Na mecie spotykamy przemiłego fotografa Pana Alfreda, który dowiadując się, że pochodzimy z Przemyśla podejmuje z nami rozmowę o nim. Mamy też od niego na pamiątkę fotografię z mety.
Gdy emocje lekko opadły, ruszyliśmy na parking, aby się przebrać, bo chłód po zatrzymaniu był dość przenikliwy. Gdy tylko wsiedliśmy w auto, aby ruszyć w drogę do domu pogoda się załamała i lunęło. W deszczu wracaliśmy więc do domu, rozpamiętując jeszcze to co przeżyliśmy na trasie.
Poniżej film z przedednia biegu ze spaceru po Kostrzynie nad Odrą:
A tu relacja filmowa z samego biegu:

