Duch Pogórza 2023 był w moich planach od ubiegłorocznej edycji, gdzie podczas wolontariatu zajmowaliśmy się znakowaniem, zamykaniem i sprzątaniem dystansu Diabelskiej Trzynastki. Podczas tamtej edycji zostały po raz pierwszy rozegrane tam zawody na dystansie 200km nazwanym Demonem. Wtedy niewiele brakowało, że wystartowałbym w nich „z marszu” – co z wielu powodów ostatecznie nie doszło do skutku – i jakby się to skończyło, zostaje już tylko w sferze domysłów. Jednak właśnie wtedy postanowiłem, że za rok dobrze przygotowany i na spokojnie podejmę się tego wyzwania.
Pobierz ślad GPX
Jak postanowiłem tak też zrobiłem i gdy tylko ruszyły zapisy na bieg znalazłem się na liście startowej. I ostatecznie w piątek 24 marca 2023 roku o 8:00 stanąłem na linii startu biegu.
Wróćmy jednak do samej formuły zawodów. Nie licząc najkrótszego dystansu czyli Diabelskiej Trzynastki, to pozostałe to wielokrotność 34 kilometrowej pętli, którą pokonuje się 1 (Duszek 34km), 2 (Duch 68km), 3 (Upiór 102km) lub 6 (Demon 204km) razy a nawet więcej. Na pętli poza punktem w bazie zawodów znajdującej się na początku / końcu pętli znajdują się jeszcze dwa punkty żywieniowe (na 9 i 24 kilometrze pętli). Limit na pokonanie pętli dla najdłuższego dystansu to 9 godzin, który można też wykorzystać na odpoczynek pomiędzy pętlami.
Przygotowałem sobie szczegółową rozpiskę na poszczególne pętle i wszystko wskazywało, że uda się zrealizować szalony plan, gdzie pokonam połowę trasy czyli 3 pętle, dokładnie wtedy kiedy Aśka wyruszy na swoje 3 pętle dystansu 102km. Dzięki temu moglibyśmy się wzajemnie wspierać na drugiej połowie mojej trasy i jej debiucie na 100km. Całość wyglądała całkiem realnie do zrealizowania – miałem na pokonanie pierwszej setki 16 godzin, co jest wynikiem zbliżonym jaki miałem na debiucie na tej trasie kilka lat wcześniej – więc doświadczenie i treningi od tamtej pory powinny pozwolić mi dotrzeć na półmetek o czasie.
Rozłożyłem też swój cały ekwipunek (nie licząc wyposażenia obowiązkowego) na 6 pojemników, aby na pętle zabierać tylko to co na niej będę potrzebował i spakowałem do auta, stojącego w bazie zawodów na początku pętli. Dzięki temu, mogłem sprawnie się zapakować na wyjście na kolejny etap, ale też kontrolować czy nie zaniedbuję jedzenia i picia, które powinno sukcesywnie ubywać mi z plecaka im bliżej końca pętli. Tak przygotowany wyruszyłem na start.
Pogoda była przyzwoita do biegania, pochmurno, nie za zimno, bez wiatru. Przewidywany był przelotny opad – słowem nic co miałoby sugerować jakiekolwiek kłopoty. Do tego kilka wcześniejszych dni było w miarę suchych i słonecznych, przez co trasa miała być całkiem sucha biorąc pod uwagę to co spotkałem na rekonesansie miesiąc wcześniej w czasie roztopów (opis rekonesansu trasy Ducha Pogórza).


Wystartowało nas siedemnaście osób w tym jedna kobieta. Na spokojnie, w grupie – przynajmniej do pierwszego podbiegu. Tam zaczęła układać się wstępna stawka. Nie zamierzałem się z nikim ścigać, więc biegłem swoje – zresztą na tym etapie było za wcześnie, aby cokolwiek przewidywać; szczególnie, że trasa pętli między 9 a 24 kilometrem została mocno zmieniona w związku z prowadzonymi pracami leśnymi i stanowiła częściowo niespodziankę.
Trasa na prawdę okazała się bardzo sucha, szczególnie jak na okoliczne standardy. Górki, na trasie były strome, ale też nie za długie. Było ich jednak dużo i sumarycznie na pętli zbierało się ok. 1300 metrów przewyższenia.


Gdy dobiegłem do pierwszego punktu odżywczego (w piątek do północy był on samoobsługowy) sprawdziłem swoją rozpiskę i wyszło na to, że powoli buduję zapas czasu w stosunku do planu. Mimo, że to dopiero 9 kilometr trasy to już na tym etapie biegłem zasadniczo sam, od czasu tylko dobiegając do kogoś i go mijając lub ktoś mijał mnie – takie lekkie przetasowania.
Gdy tylko przekroczyliśmy San kładką zawieszoną nad rzeką wiedziałem, że już niedługo czeka nas jeden z ciekawszych punktów pętli czyli ponad kilometrowa podróż korytem leśnego strumienia. Zmiana w stosunku do ubiegłorocznej edycji polegała na tym, że ten strumień teraz pokonywaliśmy nie w dół a w górę. Pomimo tej zmiany, bazując na rekonesansie wiedziałem, że w kilku punktach nie dało się inaczej niż tylko wsadzić nogi za kostkę w wodę, więc nie cackałem się z nim na całej długości, tylko szedłem tak jak było najszybciej i najbezpieczniej dzięki temu udało mi się wyprzedzić kilka osób, które kombinowały i łudziły się, że da się przejść go suchą stopą.
Po wyjściu ze strumienia i aż do następnego punktu żywieniowego (czyli gdzieś między 15 a 24 kilometrem) trasa zaskoczyła mnie i to bardzo. To był najbardziej biegowy odcinek Ducha Pogórza jaki widziałem od wszystkich dotychczasowych edycji biegu, w których brałem udział, Zaczął też sporadycznie siąpić deszcz – w sumie fajnie, bo było dość duszno.
Dzięki temu na drugi punkt żywieniowy przybiegam dalej mając spory zapas czasu do planu. Ten punkt tak samo jak poprzedni jest jeszcze do północy samoobsługowy. A za nim czeka mnie jeszcze kawałek względnie prostej drogi i drugi strumień. Jeszcze miesiąc temu był mocno zasypany połamanymi drzewami, więc co chwilę trzeba było wspinać się na ściany wąwozu, którym płynął aby je ominąć – okazało się, że nic się nie zmieniło od tamtego czasu.
Drugi strumień był dużo krótszy niż pierwszy, ale przez wspinanie się tam i na zad po jego ścianach jego pokonanie trwało dużo dłużej – a same ściany były mocno wyślizgane, więc trzeba było uważać, żeby nie zjechać w dół: czy to przy podchodzeniu czy schodzeniu z nich.
Trasę przez ten strumień pamiętałem dobrze z wcześniejszego rekonesansu, więc doskonale wiedziałem gdy pojawiła się ostatnia przeszkoda i wyjście z wąwozu. Ostatnie 5 kilometrów pętli przede mną. Tuż przed dotarciem do kładki na Sanie w Wybrzeżu obiegam ostatnią górkę po tej stronie rzeki. Okolica wygląda przepięknie, bo wszędzie przy ścieżce kwitną leśne kwiaty, całe kobierce.
Przebiegam przez kładkę i między domami w Wybrzeżu. Za ostatnim domem skręcam wzdłuż pola za oznaczeniem trasy pod górę. Za nią czeka mnie już tylko zbieg i koniec pierwszej pętli. Zajęła mi ona 4 godziny i 50 minut czyli mam jeszcze 10 minut do swojego planu. Szybko coś przekąszam, zamieniam parę słów z Aśką i wychodzę do auta, aby uzupełnić zapasy z pudełka z numerem „2”. Wychodzę bez marudzenia na kolejną pętlę.

Jest godzina 13:00. Tym razem nie biegniemy już w grupie jak na początku pierwszego okrążenia. Biegnę sam. Od czasu do czasu tylko mijam kogoś, lub szybsi, którzy dłużej zabalowali na punkcie mijają mnie. Momentami biegniemy we dwóch, próbując się nawzajem motywować i utrzymywać tempo.

Trasa się pogarsza – pomimo, że jest nas na pętli tylko kilkanaście osób, przez siąpiący od czasu do czasu deszcz robi się miejscami bardzo ślisko. Jednak prę do przodu. Na każdym punkcie kontrolnym po drodze sprawdzam jaki mam stan w stosunku do swojego planu – tuż przed drugim punktem kontrolnym mam niecałe 10 minut poślizgu.
Drugi strumień i jego wąwóz jednak weryfikują plan: zejścia są tak śliskie, że ustanie na nogach jest strasznie trudne; hamowanie jest ryzykowne, więc decyduję się na zbieganie – czuję się minimalnie bardziej pewnie niż próbując się asekurować. Natomiast podejścia są już nie do wyjścia na samych nogach. Jakby nie kije to zjechałbym z każdego jednego podejścia. Na wyjściu ze strumienia strata pogłębiła się już do 40 minut.
Robi się też już ciemno. Zanim dobiegłem do mety drugiego etapu udało mi się odrobić 10 minut straty. Wiem już, że plan nie jest do odrobienia. Ale nie zniechęca mnie to do kontynuowania biegu – warunki są równe dla wszystkich, więc nie tylko mi robi się coraz trudniej a zapadnięcie nocy niczego nie ułatwia.


Po uzupełnieniu zapasów, mając już w nogach 68km wyruszam na trzecią pętlę zmagań. Jest godzina 19:20. Gdybym pokonał tę pętlę w zaplanowanym czasie byłbym na półmetku ok. pierwszej w nocy – choć mięśnie dają radę, to czuję, że z pogarszającymi się warunkami liczyć się muszę z 30-60 minutami dodatkowego poślizgu.
Teraz już biegnę zupełnie sam. Z rzadka, głównie przy punktach odżywczych, mijam kogoś na trasie, albo ktoś mija mnie (w sumie to nawet nie jestem pewien czy ktokolwiek). Niebo jest zasnute chmurami, cały czas pada rzęsisty deszcz. Trasa, którą pamiętam z poprzednich pętli zupełnie się zmieniła na technicznych kawałkach. Jest bardzo ślisko, mokro i brodzi się w płytkim błocie. Trasa jest dobrze oznaczona i odblaski znaczników widać bez problemu w świetle czołówki. Jest ciężko, ale brnę do przodu.
Wąwozy są już tak rozmoknięte, że wychodzę na ich brzegi tylko siłą rąk i podciągając się na kijach. Nogi nie mają zupełnie podparcia. I jeżeli podejścia są ciężkie, to schodzenie ze skarp jest tysiąc razy gorsze – każdy krok to loteria i ryzyko zjazdu na dno po konarach i kamieniach.
Dobiegam na koniec pętli. Półmetek. Trochę ponad 100km w nogach. Czuję się fizycznie zmęczony, ale nie na tyle, aby nie dać rady zrobić drugiej połowy. Jest już po godzinie drugiej w nocy. Więc psychika daje trochę popalić – dużo bardziej niż fizyczna strona. Prognoza nie przewiduje, że przestanie padać w najbliższych godzinach. Ostatnia pętla zajęła mi dużo ponad godzinę dłużej niż planowałem. A więc czeka mnie dwie pełne noce zanim ukończę 200km. Do tego jest opcja skończyć tu i teraz i być sklasyfikowanym na dystansie 100km. Jak pobiegnę jedno, czy dwa kółka więcej a nie trzy potrzebne aby dobiec do mety to i tak będę klasyfikowany na 100km. Czy dam radę zmieścić się w limitach? Tak, z tym nie ma problemu – mam olbrzymi zapas. Ale czy dam radę bez piecznie ukończyć kolejną pętlę w tych pogarszających się z każdą chwilą warunkach? Tego nie wiem – to loteria. Może przespać się teraz chwilę i poczekać na świt? Wtedy psychika będzie mocniejsza, ciało zdąży złapać oddech. Ale nigdy nie spałem w czasie biegu… jak się będę czuł gdy się obudzę po kilkudziesięciu minutach, no i czy zasnę?
Mam mętlik w głowie, tysiące myśli – jak oddzielić zdrowy rozsądek od wymówek zmęczonego ciała i głowy. A wszystko to dzieje się w ciągu minuty lub dwu jakie siedzę na punkcie. Daję znać Aśce w wiadomości, że ukończyłem 3 pętlę i że mam sporą stratę, i zanim się spotkamy to pewnie pokona 2/3 swojego dystansu (czyli 2 pętle). Oddzwania. Kontuzja kolana i warunki na trasie ją przerosły – noga nie daje rady na tym błocie. Schodzi z trasy.

Postanawiam, że dam znać na punkcie, że robię chwilę przerwy i że podskoczę autem zebrać Aśkę z trasy (ok. 13km pętli).


Zbieram ją, dyskutujemy o warunkach – mówi, że pierwsza połowa pętli jest w tragicznym stanie. Kolejny kamyczek na szalę, żeby przerwać bieg już teraz. Jak dojeżdżamy do punktu jestem już przekonany co do decyzji. Nie będę ryzykował i kończę rywalizację. Z lekkim żalem, ale przekonany, że decyzja, którą podjąłem jest właściwa. Nie ulegam zachętom znajomych, którzy namawiają mnie na podjęcie tej nierównej walki.
Koniec. 102km i 4000m w pionie – trzy pętle Ducha Pogórza 2023 w 18 godzin i 30 minut – co daje mi 7 miejsce w klasyfikacji na 35 osób, które zostały w niej ujęte. Demona natomiast ukończyło tylko 3 z 17 sklasyfikowanych zawodników (ostatni z czasem ponad 49 godzin).
Ja położyłem się na godzinkę drzemki i gdy wstałem spędziłem resztę dnia pomagając na mecie i zwożąc autem zawodników z trasy. A nasze Ania i Ola zmierzyły się w ten dzień jeszcze z trasą Diabelskiej Trzynastki i mimo trudności dały jej radę!


Podsumowując: doświadczenie tego biegu warte było energii w nie włożonej. I na pewno nie powiedziałem ostatniego słowa na tym dystansie – jeżeli nic się nie wydarzy, to w 2024 roku przyjdzie pora na rewanż z Demonem.
Poniżej filmowa relacja z biegu.

