Cały czas szukam ciekawej trasy w okolicy Przemyśla, na której można by na pojedynczej pętli, bez biegnięcia dwa razy tym samym odcinkiem zebrać jak najwięcej metrów przewyższenia i równocześnie zminimalizować pokonany dystans.
Jedna z wersji jaką udało mi się rozplanować, to 52 kilometrowa trasa startująca z spod kładki pieszo-rowerowej w Przemyślu i obiegająca Zielonkę, obrzeża Pikulic, Grochowce, Rokszyce, Zalesie, Dybawkę i Prałkowce. W sumie jakieś 13 większych podbiegów i zbiegów dających w sumie 1500m w pionie.
Jest to jednak dystans, który odstraszałby większość potencjalnych towarzyszy. Dlatego wymyśliłem jak ją podzielić na dwie mniejsze pętle (32 i 20 kilometrów) i zaplanowałem sobie weekendowy trening typu back-to-back czyli dwie jednostki jedna po drugiej.
Pobierz ślad GPX z soboty oraz ślad GPX z niedzieli
Na sobotę 11 marca wybrałem dystans dłuższy a na niedzielę krótszy. Równocześnie udało mi się zebrać małą ekipę na niedzielę – sobota to był bieg solo.
Wystartowałem rano o 7 z górnego kawałka ul. Kruhel Wielki i stamtąd ruszyłem drogą forteczną przez „drzewo Szwejka” w kierunku Grochowiec. Pogoda była przepiękna: słońce, chłodno a przyroda budziła się do życia – wiosna pełną gębą. Gdy tylko zbiegłem pod leśniczówkę w Grochowcach, czułem, że kurtka, którą miałem na sobie to za dużo. Dlatego przed szykującym się właśnie drugim podbiegiem zdjąłem ją i schowałem do plecaka – krótki rękawek okazał się wystarczający.
W lesie przy leśniczówce znajdują się schowane wśród drzew stawy – bardzo urokliwe miejsce. Niestety pień pełniący rolę kładki nad ich ujściem zniknął – trzeba było przedostać się na drugą stronę bez jego pomocy. Błoto na obu brzegach stanowiło pewien problem, ale udało się nie wpaść do koryta.

Dalsza droga przez las pod górę była równie ciekawa – z rzadka uczęszczana zachwycała dzikością, równocześnie rysowała się wystarczająco wyraźnie. Szybko dotarłem na szczyt i wbiegłem na czerwony szlak w kierunku Bryliniec.
Szeroką leśną drogą wzdłuż czerwonego szlaku biegłem jakieś 2 kilometry i znów skręciłem w dziką ścieżkę w las – tym razem w dół. Dobiegłem do potoku między dwoma ścianami wąwozu. Gdy wspiąłem się na drugą stronę wyszedłem na kraj ogrodzonej łąki z której rozpościerał się wspaniały widok na okoliczne wzgórza.

Wzdłuż łąki zbiegłem do Rokszyc, gdzie przy pierwszych zabudowaniach pasły się w dużej grupie włochate krowy. W samych Rokszycach nie zabawiłem długo, bo jak tylko dobiegłem do głównej drogi, odbiłem na północ i po kilkuset metrach znów na wschód w boczną drogę rozpoczynając kolejną wspinaczkę.




Asfaltowa nawierzchnia skończyła się tak szybko jak się zaczęła i znów biegłem polną drogą. Biegła ona równolegle do głównej drogi wiodącej przez Zalesie. Na wysokości kościoła odbiłem mocno w lewo, zbiegłem w dół do miejscowości, przeciąłem szosę i zacząłem wspinać się na wzgórze po drugiej stronie.
Gdy dotarłem do krzyżówki z szeroką leśną drogą skręciłem w nią i biegłem aż do asfaltowej jezdni w Dybawce Górnej. Tam skierowałem się w dół i wzdłuż ulicy Wesołej aż do wylotówki z Przemyśla do Krasiczyna. I znów zrobiłem ostrą nawrotkę i niebieskim szlakiem zacząłem wspinać się pod fort Prałkowce.
W ten sposób znalazłem się znów w Dybawce Górnej, ale tym razem zbiegłem w kierunku drogi między Prałkowcami i Zalesiem a na niej skierowałem się asfaltem w kierunku tego drugiego. Nie wbiegłem jednak z powrotem do Zalesia, ale na granicy miejscowości skręciłem w lewo i brzegiem lasu a później ścieżką wewnątrz szerokim łukiem kierowałem się w stronę Prałkowiec znowu z górki.

Las na skraju Prałkowiec jest mocno rozjeżdżony przez ciężki sprzęt – błota nie brakuje, ale wiem, że po drodze mam jeszcze strumień, który pomoże wypłukać nogi. Taki bonus przed końcem – dwa w jednym.




Wspiąłem się od tyłu na 100 zakrętów, a stąd już tylko czekał mnie zbieg w dół a potem w górę w kierunku auta – w obu przypadkach wybrałem boczną ścieżkę, aby ominąć oklepane już do bólu 100 zakrętów. Po takiej wyrypce, obiad w domu smakował jak nigdy.



Niedziela obudziła mnie zupełną zmianą pogody. Wczorajszej wiosny już nie było – wróciła zima, słoneczna i równocześnie mroźna.



Z Asią, Maćkiem i Grześkiem umówiłem się na 7:00 przy kładce pieszo-rowerowej i punktualnie wyruszyliśmy w trasę. Aura nas nie zraziła i rozgrzaliśmy się szybko, pokonując pierwszy etap: podbieg ulicą Tatarską pod przekaźnik radiowo-telewizyjny na Zniesieniu.




Zdyszani, ale zadowoleni zrobiliśmy prawie pełną nawrotkę i ze szczytu pognaliśmy przez park aż do bramy miejskiej przy ulicy Sanockiej. Sam zbieg przez park był już ciekawy, ale jego finisz na ażurowych metalowych schodach przy bramie to była zabawa, gdy krata pod nogami przyjemnie sprężynowała przy każdym kroku.


Przebiegliśmy kawałek wzdłuż asfaltu i skręciliśmy w ulicę Krzemieniec, która po chwili podbiegu przeszła w ścieżkę rowerową (trasę familijną downhillu, którą pokonywaliśmy pod prąd) – malowniczy kawałek z widokiem na dolinę Sanu.


I znów znaleźliśmy się w okolicy przekaźnika na Zniesieniu, tym razem przebiegliśmy na jego tyły, mijając górną stację wyciągu narciarskiego i alejkami skierowaliśmy się na Kopiec Tatarski. Tam zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę i mieliśmy zacząć zbiegać w kierunku wiaty piknikowej poniżej, jednak wiodący tam stok był mocno wyślizgany i zmrożony, więc aby uniknąć ryzyka kontuzji obiegliśmy normalną ścieżką Kopiec dookoła.


Kolejny „problem” napotkaliśmy przy bramie przy wjeździe na drogę wiodącą przez ogródki działkowe. Niestety ona i furtka dla pieszych były zamknięte na 4 spusty, więc znów musieliśmy pobiec lekko okrężną drogą wzdłuż cmentarza w kierunku ul. Pikulickiej i Fabrycznej.
Ul. Fabryczną biegliśmy aż pod bramy zakładu utylizacji odpadów i tam odbiliśmy polną drogą pod górę na Zielonkę. Tam skierowaliśmy się na drogę biegnącą przez Fort Kruhel. Gdy go minęliśmy mieliśmy się skierować ku Drzewu Szwejka, ale zamiast wybrać tradycyjną drogę przebiegliśmy na przełaj w dół przez zmrożone i pokryte świeżym śniegiem pole – niesamowite uczucie wolności!



Wspięliśmy się pod Drzewo Szwejka, aby zaraz zbiec ulicą Kruhel Wielki. A tam u dołu skręciliśmy w bok i znów zaczęliśmy wspinać się lasem na Zielonkę. Powoli zaczęliśmy zbliżać się do centrum. Został nam już tylko jeden zbieg: ul. Kruhelską do Sanockiej (w sumie to nie całą Kruhelską, bo po kilkuset metrach skręciliśmy na sąsiednie: Jacka Kaczmarskiego, Gołębią i Emilii Gierczak). Końcówkę pod kładkę pokonaliśmy ścieżką rowerową wzdłuż Sanu.
W dwa dni udało mi się pokonać ponad 50km i zaliczyć trochę górek (przynajmniej jak na okoliczne standardy). Zaliczyłem też dwie pory roku: sobotnią wiosnę i niedzielną zimę. Podsumowując trasy okazały się strzałem w dziesiątkę – pewnie dałoby się coś tam poprawić czy zmienić, ale na pewno mogę je z całą pewnością polecić, zarówno pojedynczo jak i całość.

A poniżej możecie zobaczyć film z drugiej, niedzielnej wycieczki.

