Historię naszego startu w Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim im. Tomka Kowalskiego, który odbył się 25 lutego 2023 roku trzeba zacząć od zapisów w październiku 2022 roku.
Bieg chodził za mną już jakiś czas, szczególnie że jest wliczany do Korony Polskich Ultramaratonów, którą chciałbym skompletować. Z tego powodu postanowiłem spróbować swojego szczęścia w zapisach, na które z racji dużej ilości chętnych rokrocznie organizowane jest losowanie, przy najbliższej nadażającej się okazji.
Dodatkowo jeden ciekawy zapis regulaminu przykuł moją uwagę: w przypadku bycia wylosowanym można swój pakiet odsprzedać innej osobie (warunkiem jest, że obie osoby spełniają kryteria uczestnictwa w biegu, w tym doświadczenie w biegach górskich na podobnym dystansie). Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że Aśka spełnia potrzebne wymagania, więc zgłosiliśmy się we dwoje i w przypadku, gdybym ja się nie dostał, a ona tak, to „odsprzeda” mi swoje miejsce – takie usankcjonowane przez organizatora podwojenie swoich szans. Gdybyśmy mieli oboje szczęście, to mieliśmy rozważać wspólny start.
Pobierz ślad GPX
Zapisy trwające kilka dni zebrały ponad 800 zawodników, co dawało ok. 2 osoby na miejsce. 7 listopada okazało się, że Aśka wpadła na sam początek listy rezerwowej a ja niestety nie miałem zupełnie szczęścia. Czekaliśmy kolejny tydzień na informację, czy Aśka dostanie się listy rezerwowej. I udało się, weszła zaraz w pierwszej fazie dogrywki. Ale w międzyczasie jej apetyt na ten bieg urósł tak, że niechętnie chciał mi swój pakiet oddać. Postanowiłem, więc śledzić grupy biegowe i polować na informację, czy ktoś inny nie próbuje odsprzedać swojego pakietu. I tu jakieś zrządzenie losu sprawiło, że pojawiło się ogłoszenie i w kilka minut udało mi się skontaktować z zawodnikiem. Potem już tylko formalne zgłoszenie do organizatora i mamy dwa pakiety!
Do lutego stopniowo kompletowaliśmy i testowaliśmy obowiązkowy sprzęt na te zawody a było tego trochę. Do tego doświadczenie zdobyte podczas startu w Zamieci też się przydało i pozwoliło lepiej się przygotować oraz rozplanować cały bieg na tyle na ile to możliwe.
W trasę do Karpacza, gdzie była baza i meta zawodów robiliśmy w piątek od rana – cały czas padało, ale nigdzie nie było ani grama śniegu. Gdy za Wrocławiem zmieniliśmy kierunek i odbiliśmy na południe w oddali zaczęły majaczyć szczyty Karkonoszy, które wyglądały na tylko lekko przyprószone śniegiem. Jednak do samego Karpacza śniegu nie było.


Po przyjeździe na miejsce od razu wybraliśmy się odebrać pakiety, dostaliśmy szczegółowe informacje o trasie i na co zwrócić szczególną uwagę, zrobiliśmy pamiątkową fotkę i poszliśmy na krótki spacer po okolicy, który zakończyliśmy, gdy zaczęło bardzo intensywnie padać zmrożonym deszczem.
Na kwaterze przygotowaliśmy sobie cały sprzęt na bieg, aby z rana o niczym nie zapomnieć i poszliśmy spać. Wstaliśmy po 4 nad ranem, zjedliśmy lekkie śniadanie i wyszliśmy w panujący jeszcze na zewnątrz mrok. O godzinie 5:30 przy biurze zawodów czekały na nas autobusy, które miały nas zawieźć do Szklarskiej Poręby skąd granią Karkonoszy mieliśmy wrócić do Karpacza. Przed wejściem do autobusu czekała nas jeszcze kontrola czy mamy ze sobą komplet wyposażenia obowiązkowego, a było tego trochę, jak Aśka stwierdziła: najwięcej spośród biegów, w których miała dotychczas okazję startować.



W Szklarskiej Porębie wysadzili nas na parkingu pod Kamieńczykiem przy miejscu startu. Szklarska Poręba jest ok. 100m wyżej niż Karpacz, ale to wystarczyło, że okolica wyglądała jakbyśmy weszli do Narni: las, wszędzie gruba warstwa śniegu i delikatnie prószący puch. Mieliśmy ok. godzinę do wyruszenia na trasę, więc jak inni przybywający zawodnicy rozgrzewaliśmy się ciepłą herbatą i przy ognisku.
Patrząc na to co się dzieje pod nogami (a za chwilę mieliśmy wybiec w jeszcze wyższe partie gór) i na innych zawodników, postanowiliśmy od razu założyć na nogi raczki. Już tu śnieg był na tyle głęboki, że ich zęby zupełnie nie przeszkadzały a na ubitym śniegu mieliśmy super przyczepność. Punktualnie o 7:30 wystartowaliśmy na naszą 48 kilometrową przygodę.

Pierwsze 4,5 km, to ostre podejście na grań, na której będzie rozgrywać się główna część biegu. Jeszcze więcej sensu nabrała też dla nas lokalizacja pierwszego punktu odżywczego już po 3,5 km przy schronisku na Hali Szrenickiej – dotarcie do tego punktu to nie lada wyzwanie. Akurat przyszła pora na pierwszy posiłek, więc łapię w garść kilka żelków i kontynuujemy wspinaczkę na grań.




Cały czas prószy śnieg a im wyżej jesteśmy tym mocniej wieje wiatr. Gdy startowałem miałem na głowie czapkę, kaptur i buffa na szyi. jednak im wyżej i dłużej na grani buff wędrował w górę również: najpierw zaciągnąłem go na brodę, potem wyżej na potylicę i kawałek policzków, aż w pewnym momencie opatulał całą twarz po bokach, zostawiając tylko usta i nos na wierzchu. Do tego cały czas na nosie miałem okulary chroniące przed bijącym od śniegu ostrym światłem i wiatrem.
Na szczytach poza polami bieli widać tylko gdzieniegdzie rozsiane choinki i olbrzymie skalne formacje przy szlaku. Nawierzchnia to gruba warstwa śniegu, która w zależności od miejsca albo miała kilka albo kilkadziesiąt centymetrów głębokości, co dawało się ocenić tylko mijając słupki graniczne wystające nad poziom śniegu albo ukryte w dołkach poniżej jego poziomu. Głęboki śnieg stanowił spore wyzwanie, bo wystarczyło tylko lekkie zboczenie z uczęszczanej i ubitej ścieżki i człowiek lądował zakopany po kolano albo i głębiej – a ustalenie co jest ubite a co nie w panujących warunkach ograniczonej widoczności było bardzo trudne.



Sama nawigacja poza używaniem tracka w zegarku odbywała się przez podążanie za gęsto rozwieszonymi taśmami umocowanymi do kilkumetrowych słupków wyznaczających szlak turystyczny i szarpanymi przez wiejący wiatr. Całe szczęście wiatr wiał głównie z tyłu i z boku i prawie zupełnie nie czuć go było od przodu.


Tuż przed dotarciem do schroniska Odrodzenia (ok. 15,5 km) zaczęła się do nas od tyłu zbliżać para biegaczy w tym jeden w krótkich spodenkach! W myślach przyszła mi do głowy jedna osoba, która mogła by tak sprawnie biec i równocześnie tak lekko się ubrać na te warunki. I jakie było moje zaskoczenie, że trafiłem, gdy po chwili minął nas Rafał Bielawa – nie brał on udziału w zawodach, a tylko wyszedł na trening.

Do drugiego punktu odżywczego w schronisku Odrodzenie dotarliśmy po ok. 3 godzinach od startu. Można było się na chwilę ogrzać, skorzystać z toalety i posilić.


Mieliśmy za sobą już jakąś 1/3 trasy i doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że kolejne 10 km do szczytu Śnieżki to nie będzie bułka z masłem – nie spodziewaliśmy się tylko, jak ciężka przeprawa nas czeka.
Aśkę powoli zaczął łapać kryzys. Aby utrzymać tempo biegłem z przodu, ale w tym ciągle wiejącym wietrze i ciągłym szumie w uszach łatwo było się rozdzielić, więc co chwilę przystawałem, aby znów biec chwilę razem.


Kolejny punkt żywieniowy znajdował się tuż przed samą Śnieżką w schronisku Dom Śląski. Dotarcie tam zajęło nam 2 godziny (od poprzedniego punktu 10 km wcześniej). Przy samym schronisku przestało padać i powietrze zrobiło się bardziej przejrzyste. Dzięki temu mogliśmy przyjrzeć się drodze na szczyt. Z dołu wyglądała na bardzo krętą, ale łagodną i z tłumem turystów ciągnącym w obu kierunkach – słowem nie sprawiało wrażenia dużej trudności.
Oczywiście na punkcie posililiśmy się pożywną a przede wszystkim ciepłą zupą i jakimiś przekąskami. Na moment uwolniliśmy się od zimna i wiatru. Za nami połowa trasy, a przed nami ostatni wysiłek pod górę na szczyt Śnieżki (ok. 1km) a potem czeka nas bardzo długi zbieg.


Wchodząc pod Śnieżkę postanowiłem przyśpieszyć i poczekać na Aśkę na górze. Mijam kolejne zakręty wijącej się ścieżki dość szybko zyskując kolejne metry w pionie. Po drodze mijam turystów i kilku zawodników. Gdy jestem za połową wzniesienia uderza mnie mocny podmuch wiatru z boku – najmocniejszy jak dotychczas, przesuwający mnie o kawałek, mimo, że stałem dość stabilnie.
Im wyżej tym podmuchy się wzmacniały i zagęszczały, aż przeszły w ciągły mroźny huragan. Wg. prognoz temperatura na szczycie miała oscylować ok. -10 stopni a wiatr miał wiać z siłą ponad 70 km/h – gdy po biegu sprawdziłem prognozy były trafione w punkt a to daje temperaturę odczuwalną ok. -25 stopni. Z trudem utrzymuję kije, którymi się podpieram, bo wiatr szarpie nimi jak chce. Mijani turyści co kilka kroków zatrzymują się i przytulają, aby choć częściowo osłonić się od zimna.
W takich warunkach docieram na górę, gdzie ma miejsce apogeum całego pogodowego szaleństwa. A ja muszę tu jeszcze poczekać, aż dotrze Aśka. Rozglądam się i po chwili dołączam do ludzi kryjących się pod murem obserwatorium, aby przynajmniej z jednej strony nie musieć martwić się wiatrem i kąsającym mrozem.
Gdy zauważam Aśkę docierającą na szczyt, odrywam się od ściany i wychodzę kilkanaście metrów na otwartą przestrzeń, aby zrobić jej zdjęcie na tle stacji meteo. Ona od razu próbuje przekrzyczeć wiatr, abym podszedł i pomógł jej wyciągnąć drugą parę rękawic i założyć na skostniałe palce. Obok nas dosłownie słychać krzyki z bólu turystów, którzy są przemarznięci i próbują rozgrzać.



Nie zostajemy na szczycie ani minuty dłużej. Od razu kierujemy się na zejście. W tym zamieszaniu zupełnie zapominam i zaskakuje mnie piątka od postawnego opatulonego od stóp do głów człowieka na szczycie – to tato Tomka Kowalskiego, który tradycyjnie czeka już tu na zawodników. Aśka dostaje ogromnego przytulasa, który mocno podnosi jej morale. I zaczynamy zejście.
Pokryta lodem zachodnia ściana Śnieżki byłaby wyzwaniem gdyby nie raczki, ale nawet z nimi zbiegając z każdym wybiciem wiatr przesuwał mnie o kilkadziesiąt centymetrów w bok. Biegliśmy jednak cały czas w dół, aby jak najszybciej schować się między majaczące poniżej krzewy a dalej drzewa.
Dzięki temu, że trasa zaczęła biec lasem aura przestała tak bardzo doskwierać i znów otoczenie zaczęło przypominać zaśnieżoną Narnię, którą widzieliśmy tuż przed startem. Równocześnie zmęczenie z godzin spędzonych na grani zaczynało dawać o sobie znać. Jednak dzięki temu, że cały czas zbiegaliśmy w dół jakoś to szło.



I tak jakoś dobiegliśmy do punktu żywieniowego na 32 kilometrze na przełęczy Okraj. Uzupełniliśmy flaski, przegryźliśmy co nieco i ruszyliśmy dalej. Niedługo później śniegu na drodze zaczynało być jak na lekarstwo – dlatego nadeszła pora zdjąć i schować raczki.
Spotkaliśmy na tym odcinku Macieja, zawodnika z którym biegliśmy już razem i gadaliśmy aż do końca trasy.



Gdy wbiegliśmy na teren Karpacza z oddali było już słychać dźwięki mety. Udało się przed zmierzchem! Kończymy bieg z czasem 9 godzin i 56 minut – czyli ze sporym zapasem do limitu zawodów i idealnie z zaplanowanym czasem biegu.


Jak podsumować taką wyprawę? Na pewno jako super przygodę, a równocześnie bardzo pouczające doświadczenie. W bardzo „kontrolowanych” warunkach dane nam było skosztować gór zimą i nabrać jeszcze więcej pokory do nich. No i poznaliśmy nowe miejsca, do których na pewno kiedyś jeszcze wrócimy.
Już tradycyjnie załączam filmowe podsumowanie z wyprawy.
I jeszcze poniżej (lub pod linkiem obok) oficjalny film organizatora podsumowujący imprezę.

