Za około miesiąc mają się odbyć zawody Duch Pogórza, gdzie planuję wystartować na dystansie 200km (6 pętli po ok. 34km każda). Warto było więc odświeżyć sobie okolicę (choć nie było jeszcze tegorocznych śladów trasy, to po konsultacji z organizatorką zawodów skorzystałem z ubiegłorocznych).
Pobierz ślad GPX
Umówiliśmy się na start w sobotę 18 lutego na godzinę 8:00. Z racji tego, że w ten sam weekend w niedzielę spora ilość znajomych startowała w półmaratonie w Oleszycach, chętnych na rekonesans było niewielu: Asia i Bogusia.




Trasę jako taką ciężko opisać – to trzeba przeżyć. Pogoda nam dopisała: było bardzo słonecznie i ciepło, ale też wietrznie (prognozy mówiły nawet o wietrze powyżej 50km/h). Za to nawierzchnia, która nas czekała to było wszystko, co można by sobie wymyśleć: bruk, asfalt, szuter, torf, woda, kamienie, krzaki, błoto, śnieg i lód. Taki wiosenny misz-masz.
Początek zaczęliśmy płasko przez budzące się do życia po zimie Broduszurki. A potem to już było tylko z górki… albo pod górkę. Wspinanie się było o tyle problematyczne, że buty nawet z maksymalnie agresywnym bieżnikiem jeździły jak chciały.
Za Kozim Garbem zaliczyliśmy jeszcze jedną górkę i zbiegliśmy do Słonnego, gdzie przekroczyliśmy San na jego południową stronę.





Południowa strona Sanu to tradycyjne już na tej trasie dwa strumienie, które pokonuje się już mniej tradycyjnie a mianowicie wzdłuż ich brodem. Pierwszy to ponad kilometrowy zbieg po wodzie i kamieniach.


Po wyjście z niego czekał nas bieg szerszymi drogami leśnymi, które okazały się chyba najbardziej błotnistym odcinkiem trasy a to z powodu rozjeżdżenia ich przez ciężki sprzęt pracujący przy ścince i zwózce drewna.



Tuż przed wejściem do drugiego strumienia na chwilę wpadamy na kilku kilometrowy asfaltowy odcinek wzdłuż Sanu. Udaje nam się pierwszy raz od bardzo długiego czasu nieprzerwanie biec szybszym tempem.
Jednak drugi strumień dał nam dopiero w kość. Był o ponad połowę krótszy, ale za to koryto miał zawalone licznymi powalonymi drzewami. Przez to, musieliśmy wspinać się na skarpy na jego brzegach i zaraz z nich schodzić. Ekstra zabawa!


Gdy ostatecznie z niego się wygrzebaliśmy, to praktycznie aż do samego Sanu mieliśmy już z górki. Przebiegliśmy kładką na drugą stronę i wspięliśmy się na ostatni pagórek dzielący nas od Winnego Podbukowiny, skąd wyruszyliśmy rankiem na tę wyprawę.

Pokonanie 36km zajęło nam ok. 7 godzin – głównie przez błoto na trasie. A jeżeli jesteście ciekawi jak to wyglądało, to poniżej krótkie podsumowanie filmowe.

