28 stycznia 2023 wybraliśmy się na kolejną edycję Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego. Ja zapisałem się na 43km, Aśka na 20km a nasza Ania na 10km zimowego szaleństwa. Do tego w podróż z nami wybrali się Asia (20km) i Maciek (10km) a na miejscu spotkaliśmy się z Agnieszką (20km) i Piotrkiem (43km).
Pobierz ślad GPX
Dystans maratonu i półmaratonu startowały równocześnie o 7:00. Dycha godzinę później. Pierwsze 9km biegniemy razem z Piotrkiem i Agnieszką a raczej próbując ją cały czas gonić. Nawierzchnia to zmrożona szutrowa droga i lekko przyprószona śniegiem. Spodziewałem się po prognozach czegoś innego: więcej miękkiej nawierzchni a tutaj zupełnie nic! Buty na które się zdecydowałem były tak bardzo daleko od ideału jak to tylko możliwe: minimalistyczne z zerową amortyzacją i sporymi kołkami do brodzenia w śniegu czy błocie (Inov-8 X-Talon G 235). Ich plus był taki, że się nie ślizgały. a poza tym czułem na stopach i w czaszce każdy stawiany krok.



Na 9km biegacze z 20km oddzielili się od nas zaczynając nawrotkę przez karczmę Brzeziniak a myśmy kontynuowali bieg stokówką aż do podnóża Paportnej ok. 17km, gdzie na punkcie odżywczym robiliśmy nawrotkę. Do tego miejsca biegło mi się rewelacyjnie, jednak po zwolnieniu na moment, aby coś przegryźć w truchcie, zaczęła się walka z nogami. Obtłuczone od twardego kroku i szybszego niż zazwyczaj tempa mięśnie zaczęły łapać skurcze i to nie miejscowo a po całości: od łydek po czwórki i dwójki w udach. Do tego obolałe stawy skokowe, kolana i biodra. Piotrek, zaczął mi coraz bardziej uciekać z pola widzenia.
Na powrocie czekały nas 3 odbicia i powroty na stokówkę, dwa w dół: pierwsze do Smereka i punktu odżywczego w Carpatia Bieszczadzki Gościniec, drugie do karczmy Brzeziniak; i trzecie pod górę na Jeleni Skok. Te trzy odejścia ze stokówki to były jedyne odcinki, gdzie przydały się buty z agresywnym bieżnikiem.
Gdy dobiegłem do podnóża Mochnaczki, ze zdziwieniem zauważyłem tam Piotrka. W pierwszej chwili pomyślałem, że już skończył bieg i wrócił na trasę się roztruchtać. Gdy jednak do niego dobiegłem, dowiedziałem się że się zgubił. Po zamianie kilku słów skierowałem go na powrót na właściwą trasę (był już jakieś 2km przede mną, zanim pomylił skręty). Sam zacząłem ostatnią wspinaczkę, po której zaczął się mocno wyślizgany zbieg (buty dały radę).
Końcówka trasy to już tradycyjny skip między podkładami bieszczadzkiej kolejki i malutka góreczka przed samą metą. A tam czekali już na mnie pozostali a Asia, Agnieszka i Maciek to nawet wybiegali wynik na podium – gratulacje!




Ogólnie po biegu byłem bardzo zadowolony, ale obtłuczone nogi przez złą decyzję dotyczącą butów męczyły mnie jeszcze długo.

