Pierwsze zawody biegowe w tym roku to wyprawa w Beskid Śląski na ultramaraton Zamieć 24h na Skrzyczne. Dodatkowo jest to też kolejny bieg wliczany do Korony Polskich Ultramaratonów.
Do Szczyrku wybraliśmy się rodzinnie 20 stycznia w piątek i po dotarciu do celu od razu poszliśmy do biura zawodów odebrać pakiety startowe. Jak tylko wyjechaliśmy z Przemyśla zaczął padać śnieg i nie odpuszczał do samego końca. A na miejscu doszedł do tego zimny wiatr. Nocleg mieliśmy 200m od startu pod samą skocznią narciarską. Oj, szykowało się ekstremalnie.



Sam bieg polegał na przebiegnięciu jak największej ilości pętli w czasie 24 godzin. Pętla zaczynała się przy amfiteatrze przy skoczni narciarskiej w Szczyrku, a następnie wiodła ok. 7 kilometrów w górę na szczyt Skrzycznego, gdzie po odmeldowaniu się w schronisku zaczynało się również 7 kilometrowy zbieg w dół do amfiteatru. Minimum, aby być klasyfikowanym to pokonanie jednej pętli; natomiast aby bieg został zaliczony w ramach Korony Polskich Ultramaratonów należy ich pokonać minimum 4 – i dla mnie to był plan minimum. Oprócz rywalizacji indywidualnej, organizator przewidział również rywalizację drużynową, gdzie para w formie sztafety (jedna osoba na raz) pokonywała górę, tak aby każdy członek drużyny zaliczył przynajmniej jedno okrążenie (dopuszczalne było pokonanie kilku pętli pod rząd przez jedną osobę z grupy).
Dodatkowo rozgrywano na tej samej trasie dwa inne biegi: Zadymę i Zawieruchę – gdzie do pokonania było odpowiednio 1 i 2 pętle.
Pobierz ślad GPX
Zamieć startowała o godzinie 12:00 w sobotę, gdy na trasie byli już zawodnicy krótszych biegów. Organizatorzy przekazali nam najświeższe informacji na temat trasy i warunków na niej panujących m. in. że w tej edycji dotarcie na szczyt do schroniska zajęło najszybszemu zawodnikowi ponad półtorej godziny – co pokazywało jak wymagające będzie to przedsięwzięcie. Następnie zostaliśmy skierowani do strefy startu, gdzie przy wejściu trwałą szczegółowa kontrola kompletności wyposażenia obowiązkowego wchodząc zawodników, a którego lista była wyjątkowo obszerna. A oprócz wyposażenia obowiązkowego było też to zalecane – w skrócie: było co dźwigać a każda rzecz miała swoje uzasadnienie.


Punktualnie w południe wyruszyliśmy w drogę. Aśka swoim tempem a ja swoim. Najpierw biegniemy płaski kilometr deptakiem wzdłuż Żylicy po mocno ubitym śniegu na chodnikach, by nagle skręcić w lewo i zacząć podbieg długi na 6 kilometrów i różnicy w pionie ok. 700m. Z każdym metrem nawierzchnia też się zmieniała: śniegu było coraz więcej a ścieżka była tylko lekko wydeptana. Miejscami śnieg był sypki, miejscami mokry a w innych miejscach wyślizgany. Buty, które dobrze sprawowałyby się w lesie czy na błocie na tak różnorodnej nawierzchni nie trzymały się tak jakbym tego chciał – a przynajmniej nie wszędzie.
Do tego ścieżki były wąskie i bardzo często przed dłuższy czas nie było jak się wygodnie wyprzedzać. Nie wiało zbyt mocno ani nie padało – ale widokowo trasa ograniczała się tylko do kilkudziesięciu metrów, bo reszta niknęła w unoszącej się nad okolicą mgle.
Z każdym kilometrem odległości między zawodnikami zaczęły się zwiększać a stawka formować. Również z każdym metrem w pionie śniegu zaczynało coraz bardziej przybywać. W pewnym momencie gdy minąłem granicę lasu zaczęło być słychać w oddali dźwięk naśnieżania stoku i zaraz za zakrętem wylądowałem przy siatce zabezpieczającej przy jego granicy. I tu się zaczął kopny śnieg.
Po minięciu stoku teren się lekko przepłaszczył jednak głęboki śnieg już pozostał. Próba nawet minimalnego zejścia z udeptanych śladów kończyła się lądowaniem w śniegu po kolana. I było tak aż dotarłem do drogi bezpośrednio przed schroniskiem. Ostatnie kilkaset metrów do szczytu było już po tej właśnie ubitej drodze, na końcu której przebijał przez zasnute mgłą powietrze kontur schroniska. Zgłosiłem się tam tylko do sędziego stojącego w sieni, aby odnotował moje dotarcie na szczyt i ruszyłem w drogę w dół.
Teraz miało się zacząć to co lubię najbardziej: zbieg. Szeroka droga z każdym metrem zaczyna się zwężać i równocześnie śnieg staje się mniej ubity a bardziej sypki, ale sięgający tak tylko trochę ponad kostkę. Początkowo biegnie się super, ale w pewnym momencie ścieżka zaczyna się robić coraz bardziej stroma i równocześnie coraz bardziej śliska. Robi się tak ślisko, że buty przestają już się trzymać, więc zaczynam próby kontrolowanego zjazdu, co sprawdza się na krótszych odcinkach, ale na dłuższych robi się bardzo niebezpieczne, bo tracę zupełnie kontrolę a spod śniegu zaczynają gdzieniegdzie wystawać konary i duże kamienie. Upadek na coś takiego może nie skończyć się za dobrze – więc zaczynam schodzić dość ostrożnie, aby nie złapać żadnej kontuzji – nie chciałbym się wyeliminować z dalszej rywalizacji.
Po jakimś czasie śnieg przestaje być wyślizgany a zamienia się w coraz bardziej mokry. A jest to wynikiem wody spływającej szlakiem pod jego powierzchnią. Wody robi się coraz więcej, aż ścieżka zamienia się w strumień i pod nogami mam teraz wodę i duże ruchome kamienie, które tak dobrze znam ze zboczy sąsiedniej Czantorii. Większość biegaczy tu też zwalnia ja jednak czuję się tu całkiem komfortowo i przyśpieszam.
Jednak co przyjemne nie trwa wiecznie. Gdy tylko ścieżka odbija w bok i kończy się strumień znów pojawia się ubity śnieg. Kolejny zakręt, wejście w las i stroma wyślizgana skarpa – całe szczęście krótka i daję się ją pokonać jej poboczem.


Dalsza część trasy jest już mniej ekstremalna – przyjemny zbieg, który wymaga koncentracji, ale nie jest bardzo stromy, więc czuję się na nim bezpiecznie. Nawet nie zauważam, kiedy wpadam na drogę pomiędzy pierwsze zabudowania i po ok. kilometrze jestem na deptaku w Szczyrku i to w pobliżu końca pętli. Zajmuje mi ona troszkę ponad 2 godziny i 20 minut.
Wiem już co mnie czeka na trasie i że nie jest ona łatwa i przyjemna. Nie pozostaje mi jednak nic innego jak kontynuować realizację planu. Drugą pętlę zaczynam jeszcze za dnia. Więc od pierwszej różni się tylko kilkoma rzeczami – aczkolwiek dość istotnymi. Po pierwsze stawka jest już mocno rozstrzelona i liczba osób w zasięgu wzroku jest niewielka. Po drugie trasa jest już mocno wyślizgana, przez co podejście robi się bardzo wymagające (a z tyłu głowy mam, że za niedługo czeka mnie zbieg, który był śliski już za pierwszym razem). A po trzecie, to coraz niższa temperatura, która wraz z wiatrem i dużą wilgotnością, oraz powolutku kumulującym się wyczerpaniem zaczyna być odczuwalna.
Po dotarciu po raz drugi do schroniska, znów się szybko odmeldowuję i zaczynam zbieg w dół. Wyślizgane odcinki są teraz bardzo dużą przeszkodą. Kolejny raz próbuję ześliznąć się, ale instynkt samozachowawczy sugeruje zrobić do kucając. Było niby bliżej do ziemi na wypadek utraty równowagi, ale równocześnie brakowało jakichkolwiek możliwości sterowania a prędkość, którą nabierałem była znacząca. Słowem, nie miało to wiele wspólnego z bezpieczeństwem. Minąłem odcinek ze strumieniem i gdy skręciłem do lasu zauważyłem, że robi się już na tyle ciemno, że pora wyciągnąć czołówkę. Drugi śliski odcinek znajdujący się po skręcie w las pokonuję jeszcze głębiej „poboczem” niż poprzednio – wolę kopny śnieg niż ścianę lodu. Dalszy zbieg do końca pętli też jest już dużo bardziej wyślizgany niż poprzednio, ale ciągle dający się pokonać żwawym tempem.
Ta druga pętla zajmuje mi już 20 minut dłużej i przed wejściem na kolejna postanawiam chwilę zabawić na punkcie kontrolnym. Po pierwsze pozbywam się okularów, które po zmroku nie były już potrzebne. Po drugie zaglądam na punkt odżywczy gdzie zjadam miskę ciepłego makaronu z sosem mięsnym i popijam ciepłą herbatą. A po trzecie wyciągam z plecaka raczki, które nosiłem tam przez dwie pierwsze pętle – nigdy w nich nie biegałem, ale pora spróbować. Tak oporządzony wyruszam w mrok na 3 kółko.
Raczki robią robotę. Podejście pod górę, na którym wcześniej noga przy każdym kroku delikatnie podjeżdżała do tyłu teraz pokonuję swobodnie i bardzo pewnie. Równocześnie coraz bardziej potęguje się zimno, które zaczęło doskwierać szczególnie po zmroku, ale napieram do przodu. Zmęczenie też powoli zaczyna się odzywać, ale to normalne i spodziewane na tym etapie. Spotykam też znajomą, Iwonę, którą poznałem podczas Lamentu Świętokrzyskiego w 2021 roku – wspinaczka mija trochę szybciej jak można się do kogoś odezwać. Przez mróz powietrze się też przeczyściło i widoczność się bardzo poprawiła. Dzięki temu w ciemności pięknie było widać światła okolicznych miejscowości.
Po raz trzeci odbijam się u sędziego w schronisku i zaczynam zbieg w dół. W raczkach to bułka z masłem. Zaczynam się zastanawiać czemu nie zdecydowałem się na to wcześniej. Pętlę kończę z czasem 2 godziny i 55 minut. W punkcie odżywczym zjadam kolejną miskę makaronu z sosem i naleśnika z dżemem. I wychodzę na kolejną pętlę.
Gdy zaczynam czwarte podejście pod szczyt jest mi strasznie zimno. Znów zaczęła osiadać mgła, czuć przeszywający mróz i zaczynają mnie piec palce u rąk mimo dwu par rękawiczek. Wyciągam więc z plecaka ogrzewacze chemiczne i wsadzam je do rękawiczek. Niestety do aktywacji potrzebują powietrza a wodo i wiatroszczelne wierzchnie rękawice niewiele go przepuszczają. Więc muszę raz na jakiś czas zatrzymać się próbować rozgrzać dłonie jak się tylko da. Ale gdy tylko staję czuję jak cały zaczynam się wychładzać, więc jak tylko docieram do schroniska na szczycie siadam na chwilę wewnątrz, aby się ogrzać.

Wiem, że zwlekanie nic nie pomorze więc po chwili ogarniam się i wychodzę na dwór. Na zbiegu przynajmniej poruszając się jestem w stanie utrzymać ciepłotę ciała na poziomie wystarczającym do względnie komfortowego poruszania się do przodu. Dobiegam do końca czwartej pętli tuż po północy z czasem 3 godziny i 20 minut.
Plan minimum czyli 4 pętle zrealizowany – teoretycznie spokojnie jestem w stanie zmieścić jeszcze 3 powtórzenia w czasie kolejnych 12 godzin, ale czy dalsze eksploatowanie organizmu, który jest już mocno wymarznięty po pokonaniu prawie 60km ma sens? Biję się z myślami i decyduję, że na dziś tyle mi wystarczy. Odbieram medal za ukończenie biegu i ostatni raz idę na punkt żywieniowy, aby się posilić. Wychodząc z punktu w stronę kwatery czuję się bardzo zmarznięty, ale równocześnie zadowolony, że ukończyłem to co sobie założyłem.

Warunki na trasie Aśkę wymęczyły równie mocno i czekała już na mnie w pokoju. Wskoczyłem szybko pod prysznic, aby się zagrzać, przebrałem w ciepłe ciuchy, wyciągnąłem z rękawic ogrzewacze chemiczne, które mają działać jeszcze kilka godzin i ściskając je w dłoniach zawinąłem się w kołdrę i lekko dygocząc zasnąłem.
Na pewno tu jeszcze kiedyś wrócimy, bogatsi w doświadczenia. Świetna impreza i góra, która jak każda jest bardzo kapryśna a w zimie szczególnie. Polecam a dla chętnych, bardzo krótki materiał wideo nagrany podczas pętli pokonanych za dnia.

