W niedzielę 14 stycznia zaplanowaliśmy sobie kolejne polowanie. Polowanie na kwadraciki StatsHunters (https://www.statshunters.com/). Przymierzałem się do tej okolicy już kilka razy, głównie jako pomysł na wycieczkę rowerową – ale z jednej strony była trochę za daleko, aby zrobić ją w całości rowerem spod domu a równocześnie za blisko, aby podjechać najpierw autem a potem rowerem. Do tego obawiałem się, że nie wszystkie miejsca uda się „dosięgnąć” z drogi – stąd ostatecznie padł pomysł na biegową wersję tej trasy.
Pobierz ślad GPX

Na powyższym zrzucie ekranu kolorowe kafelki to te, które już zdobyłem a zielone to nowe, zdobyte podczas tej wycieczki.
Tym razem ekipa była mocno kameralna: oprócz mnie i Aśki dołączyli do nas Asia i Mateusz. Podjechaliśmy autem do Posady Rybotyckiej, gdzie zostawiliśmy je pod zabytkową cerkwią i wybraliśmy się w drogę na 25km wycieczkę.
Tak naprawdę nie wiedziałem czego się spodziewać po trasie a moja świadomość tego co nas czeka sprowadzała się wyłącznie do tego co wyczytałem ze zdjęć satelitarnych – większość trasy miała być utwardzona, po drogach przejezdnych samochodami a zupełną niewiadomą miał być 3km odcinek w połowie trasy wiodący przez las – gdy wytyczałem ten odcinek to robiłem to bardzo na oko: wyszukując na mapie satelitarnej fragmentów ścieżek przebijających spomiędzy drzew i posiłkując się mapą topograficzną gdy nic innego nie wskazywało jak ścieżka mogła by się układać.
Pierwszy kawałek to wąska bita droga biegnąca wzdłuż doliny Wiaru. Biegniemy najpierw na południe, aby powoli zacząć odbijać na południowy wschód. Dzięki temu cały czas mamy przed sobą widok na pięknie wschodzące słońce a po bokach ciągną się wzgórza. Malowniczości temu krajobrazowi dodaje tylko częściowo zachmurzone niebo, gdzie kłębiące się w grupkach biało szare chmury odcinają się na błękitnym niebie.






Po ok. 7km odłączyłem się na chwilkę od grupy (Mateusz poszedł ze mną), aby odbić ostro w lewo przez pole na znajdujące się obok wzgórze – 300m w bok i 30m w górę – aby zdobyć „kwadracik”, do którego nie wiodła żadna droga i zdobyć go można było wyłącznie biegnąc na przełaj.
Gdy dołączyliśmy do reszty grupy kontynuowaliśmy drogę przez Jamną Dolną – zupełnie wyludnioną wieś, gdzie o tym, że kiedyś ktoś tu mieszkał świadczą jedynie pojedyncze mocno zdziczałe drzewa owocowe na łąkach przy drodze.
W okolicy 13 kilometra zeszliśmy z drogi i przez łąkę zaczęliśmy się wspinać w kierunku szczytu Turnicy. Wydeptana polna ścieżka, wchodząc w las powoli zanikała. Udało się na niej znaleźć nawet zadeptaną chorągiewkę do znakowania trasy (zgadujemy, że to ze stumilaka Mamuna rozgrywanego w ramach Festiwalu Ducha Pogórza w 2021).


Gdy ścieżka zupełnie nam znikła zacząłem nawigować zupełnie na azymut, wyszukując tylko w okolicy ścieżki wydeptane przez zwierzęta. ściółka leśna była gęsta i bardzo podmokła, a w około było mnóstwo powalonych rozkładających się drzew. Było czuć naturalne piękno otaczającej nas przyrody. I chyba najbardziej urzekała dzikość tego terenu.








Przedzierając się przez kolejne pagórki, wąwozy, strumyki i mokradła powoli zbliżaliśmy się do drogi. Najpierw usłyszeliśmy dźwięki przejeżdżających samochodów, by potem móc już wypatrzeć drogę wijącą się pomiędzy drzewami. Wybiegliśmy gdzieś już na w miarę płaskim odcinku drogi między Arłamowem a Makową. Po bardzo trudnej technicznie nawierzchni w lesie dwa kilometry asfaltu delikatnie nachylonego w dół pozwoliło rozprostować nogi.
Na zakręcie drogi zamiast kontynuować w stronę Makowej, skręciliśmy na leśna drogę w lewo. Droga przez pierwszy kilometr delikatni pięła się ku górze by nagle drastycznie zmienić nachylenie i zacząć stanowić nie lada wyzwanie. Z Mateuszem urządziliśmy sobie małe wyzwanie, aby jak najżwawiej wdrapać się na szczyt aż do przełamania – nie było łatwo, ale dzięki wzajemnej motywacji udało nam się wytrzymać do końca.





Od tego miejsca biegliśmy już tylko w dół. Całe 4 kilometry. Przyjemnie, ale też i wymagająco, bo trzeba było intensywnie przebierać nogami.
Za to finisz był… nazwijmy to: w moim stylu. Gdy dobiegliśmy do Posady Rybotyckiej skąd wystartowaliśmy od dotarcia do samochodu dzieliła nas już tylko jedna przeszkoda: rzeka Wiar. Przypominam, że mamy połowę stycznia. a woda sięgała sporo za kostkę. Niezapomniane odczucia!





Jeżeli macie ochotę na więcej, to zapraszam do obejrzenia filmowej relacji z biegu poniżej.

