Od czego zacząć swój pierwszy wpis na blogu? Pewnie od pierwszej tegorocznej wycieczki biegowej!
Przygotowania zacząłem od wyboru trasy – miało być tak nie za daleko, ale też nic oklepanego… myślałem i myślałem, aż wymyśliłem: 20km pętla zaczynająca się w okolicy Bryliniec, przez Helichę, Szybenicę, Kopystańkę i wracająca do Bryliniec.

Umówiliśmy się z ekipą na godzinę 8:00 na granicy lasu między Rokszycami a Brylińcami. Na miejsce startu dotarliśmy w 7 osób: ja z Aśką, Asia i Maciek, Agnieszka, Mateusz i Grzesiek. Pogoda była piękna – iście wiosenna, pomimo, że to pierwszy dzień roku.
Za rozgrzewkę posłużył nam dwu i pół kilometrowy podbieg wzdłuż czerwonego szlaku w kierunku szczytu Helichy. Utwardzona droga szutrowa przez las biegnie dalej prosto w kierunku Przemyśla, my natomiast odbijamy w prawo w niebieski szlak turystyczny biegnący leśną ścieżką na południe w stronę Koniuszy.
Pobierz ślad gpx
Te pierwsze kilometry mocno nas rozgrzały i zweryfikowały ilość ciuchów, które niektórzy mieli na sobie. W sumie to jednak lepiej mieć więcej i zdjąć, niż nie mieć i marznąć, gdy zrobi się zimno. Po szybkiej zmianie garderoby kontynuowaliśmy naszą wycieczkę.

Zaczął się prawie pięciokilometrowy mocno pofałdowany odcinek przez las. Po śniegu z połowy grudnia nie było już śladu, ale za to zostawił po sobie pamiątkę w postaci szerokich kałuż, zalanych błotem kolein po ciągnikach leśnych i masy mokrych jesiennych liści. Nie licząc krótkiego, ale mocno przygnębiającego kawałka trasy w lesie, gdzie biegliśmy wzdłuż niedawno wybetonowanej szerokiej technicznej drogi przelotowej – dzikość tej części trasy zawsze wprawie mnie w dobry nastrój.




Końcówka lasu to krótka, ale wymagająca wspinaczka po błotnym podejściu – pod górę ciągnie mnie jedno: widok, który wiem, że czeka nas na szczycie Szybenicy – bo tak nazywa się ten wierzchołek, który od północnej strony zarośnięty jest drzewami a od południa otoczony polami – wybiegając na nie nic nie zasłania rozciągającej się panoramy ponad Koniuszą.
Wychodząc spomiędzy drzew przywitały nas mocne podmuchy wiatru. Z jednej strony mieliśmy dzięki temu przejrzyste powietrze i bardzo dobrą widoczność nawet daleko poza granicę; z drugiej strony straszny szum i przenikliwy chłód – musieliśmy więc chwytać chwilę i ruszać naprzód.
A „naprzód”, to znaczyło bieg na przełaj przez pola w dół wzgórza. Obudziliśmy w nas wewnętrzne dziecko i puściliśmy się biegiem doskonale się przy tym bawiąc.




Kolejny etap to „skrót” między Koniuszą a Kopysnem – moje odkrycie sprzed kilku lat, które pozwala przeprawić się między tymi miejscowościami trawersem bez potrzeby zbiegania do doliny Wiaru a później wspinania się na Kopystańkę od jej południowego podnóża (dla jasności: obie trasy są ciekawe – każda na swój sposób i obie polecam).
Przemierzając pola na przełęczy przed Kopysnem mieliśmy okazję obserwować z bardzo bliska śmigłowiec SAR, który prawdopodobnie obniżył pułap, aby się przyjrzeć, co to za grupa przemyka wczesnym porankiem pierwszego dnia nowego roku.
Przed samym szczytem mieliśmy okazję pokonać ostatnią łachę śniegu, która ostała się jeszcze w cieniu po ostatnich opadach. A przy wierzchołku znów musieliśmy się zmagać z silnym wiatrem – jednak nie omieszkaliśmy zrobić sobie tam wspólną fotkę.




Zaczęliśmy ostatni zbieg tego dnia. Najpierw polami, wzdłuż lasu a następnie wbiegliśmy między drzewa. Ścieżki raz się mnożą a raz ich zupełnie brakuje – i tak jak poprzednio jest bardzo mokro i miejscami błotniście. Ale najciekawsze dopiero przed nami – a szczególnie dla tych co tę trasę biegną po raz pierwszy: przeprawa przez Olszankę.
Pokonanie strumienia suchą stopą jest prawie niemożliwe. Nie żebym się tym przejmował: śmiało wskoczyłem w środek nurtu i przebiegłem spory kawałek korytem strumienia, a gdy dobiegliśmy do skraju Bryliniec i znów mieliśmy przejść brodem na drugi brzeg skorzystałem z okazji, aby zanurzyć się głębiej w okolicy stopnia wodnego.


Ostatnie dwa kilometry to asfaltowy odcinek przez Brylińce w stronę Rokszyc. I pomimo, że nawierzchnia jest tak bardzo inna od tej co dotychczasowe odcinki trasy nam serwowały dalej wokoło czuć bliskość z naturą. Pogoda nam dopisał tego dnia: było słonecznie i bardzo ciepło jak na początek stycznia (11° C) – jakby nie wiatr, to byłoby idealnie.




Poniżej dwa filmy: pierwsze z klipami z poszczególnych fragmentów trasy a drugi z jej wizualizacją z lotu ptaka. Mam nadzieję, że udało mi się Was zachęcić do odwiedzenia opisanych ścieżek i zachwycenia się ich pięknem.

